Nowa Architektura Rywalizacji USA-Chiny
665 segments
W 1940 roku w jaskiniach Jananu Mao Dong
spisywał dyrektywy taktyki walki z
Kłomintangiem. Pisał nie o otwartej
wojnie, lecz o umiarze. O sztuce długiej
rywalizacji, w której z przeciwnikiem
trzeba jednocześnie walczyć i
współpracować, a 1000 drobnych ciosów
rozkłada go pewniej niż jedno wielkie
uderzenie. 86 lat później w pekińskim
Jong Nan High polityczny spadkobierca
Mao Sijin Ping witał amerykańskiego
prezydenta Donalda Trumpa z tym samym
podręcznikiem w tylnej kieszeni. Choć
Amerykanie zdawali się tego nie
zauważać. A istotnie było to wydarzenie
wysokiej rangi, ponieważ w Peki
nieprzywódcy dwóch największych
światowych mocarstw spotkali się po raz
pierwszy od 2017 roku, a zatem od czasu
pierwszej kadencji Trumpa. To sprawiało,
że w tygodniach poprzedzających
spotkanie wyraźnie oczekiwano, że
rozmowy Trumpa z si doprowadzą do
przełomu w relacjach
amerykańsko-chińskich. Tym bardziej, że
pojawił się w tej relacji jeden wspólny
punkt, co do którego oba mocarstwa
zdawały się być zgodne. Cieśnina Ormus
musi zostać odblokowana, a ropa naftowa
musi dalej pompować serce światowej
gospodarki. Chińczycy przyjęli Trumpa z
wielkim przepychem. Salwa honorowa z 21
dział na placu Tianon Man, państwowy
bankiet w wielkiej hali ludu oraz rzadki
przywilej rozmów w John Gang Hai,
zamkniętym kompleksie, w którym pracuje
kierownictwo komunistycznej partii Chin.
Amerykański prezydent nie szczędził
ciepłych słów pod adresem Shin Pinga,
nazywając go swoim przyjacielem. Shi z
kolei zapewniał, że wielkie odrodzenie
narodu chińskiego i uczynienie Ameryki
znów wielką maga mogą iść ze sobą w par.
A jednak James Palmer na łamach Foreign
Policy szczyt Trump określił banalny.
Dlaczego? Przyjrzyjmy się uważniej
rozmowom Trumpa z Shijin Pingiem. Ich
przebieg dobrze oddaje bowiem to, jak
każda z mocarstw rozumie dziś własną
pozycję, jak postrzega rywala i jakimi
narzędziami chce prowadzić rywalizację w
nadchodzących latach. Z tych obserwacji
wyłania się obraz nowej architektury
rywalizacji amerykańsko-chińskiej.
Zapraszam na raport lat 20.
>> [muzyka]
[muzyka]
>> Ten odcinek sponsorowany jest przez
GTBT.
Miło mi ogłosić, że stworzyliśmy swój
własny merch, a mówiąc po ludzku
zaprojektowaliśmy i wyprodukowaliśmy
kilka własnych produktów, a konkretnie
trzy koszulki, dwie bluzy i kubek. Do
wyboru są wzory bardziej klasyczne, jak
i kilka nowych motywów graficznych
inspirowanych legendarnymi liniami
lotniczymi Panam. Dbamy o naszą
niezależność, a takie inicjatywy
pozwalają nam utrzymywać kanał na dobrym
poziomie. Dlatego jeśli ktoś chciałby
nas wesprzeć i jednocześnie nabyć
ciekawy produkt, to zapraszam. Ich
produkcja nie będzie wznawiana, więc
będą to rzeczy dość unikatowe. Zachęcam
by sprawdzić całą kolekcję na sklep
gtbt.com.
Co więcej z tej okazji przygotowaliśmy
również małą niespodziankę. W ostatnich
dniach na naszym kanale pojawiło się
pierwsze w historii kanału Q&A. Jako że
jest to materiał trochę inny od naszych
zwyczajowych wstawek, YouTube trochę
ucina zasięgi. Dlatego jeśli ktoś
chciałby usłyszeć historię powstawania
GTBT i wejść nieco za kulisy, to
zapraszam. A teraz przejdźmy do odcinka.
Amerykanie przyjechali do Pekinu robić
biznes i było to widać na każdym etapie
wizyty, zaczynając od samego składu
amerykańskiej delegacji. Choć formalnie
na jej czele stał oczywiście prezydent
Trump, to na poziomie dyplomatycznym
wizyta koordynowana była przez
sekretarza skarbu Scotta Besenta, a nie,
jak to bywało wcześniej przez sekretarza
stanu Marco Rubio. I nic dziwnego. Trump
przyjechał do Pekinu nie po to, aby
dzielić z Chińczykami świat na nowe
strefy wpływów, lecz z nadzieją, że
Chińczycy podpiszą umowy na dostawy
samolotów od Beinga, dostawy wołowiny i
soi od amerykańskich farmerów czy
dostawy chipów od Nvidii. Transakcyjny
charakter wizyty podkreślał fakt, że w
Pekinie towarzyszyło Trumpowi kilkunastu
prezesów największych amerykańskich
firm. Elon Musk z Tesley, Tim Cook z
Apple, Jensen Huang z Nvidie i Kelly
Orberg z Beinga. Zdjęcia chińskich
biznesmenów witających się z maskiem czy
Kookiem miały dowodzić, że amerykańskie
firmy wciąż są dla Pekinu nie do
zastąpienia, a amerykańska hegemonia
gospodarcza jest niepodważalna. Pekin
patrzył na wizytę Trumpa z zupełnie
innej perspektywy. W tygodniach
poprzedzających szczyt chińskie media
państwowe podkreślały słabość pozycji
negocjacyjnej Trumpa, wskazując na
spadające poparcie amerykańskiego
prezydenta, przedłużającą się wojnę z
Iranem i blokadę Ciesiny Ormus oraz
wyroki sądów, które uchyliły część ceł
nałożonych rok wcześniej. Z perspektywy
Chińczyków Trump przyjeżdżał do Pekinu
nie jako wielki amerykański biznesmen,
lecz raczej jako biedny suplikant. który
musi prosić Chiny o pomoc w zażegnaniu
kryzysów, do których doprowadziła jego
chaotyczna polityka. Strona chińska była
tym pewniejsza swego, że była mocno
podbudowana porozumieniem zawartym w
październiku zeszłego roku w Busan przy
okazji szczytu Apec, Forum Współpracy
Gospodarczej Azji i Pacyfiku. Wówczas
Chiny blokując eksport metali ziemadkich
i minerałów krytycznych, surowców
niezbędnych dla amerykańskiego przemysłu
obronnego i półprzewodnikowego, zmusiły
Trumpa do wycofania części ceł
nałożonych wiosną zeszłego roku oraz do
rezygnacji z niektórych instrumentów
kontroli eksportu wobec chińskich
podmiotów. Z perspektywy Pekinu Busan
był więc dowodem, że Chiny dysponują
realnymi narzędziami nacisku na
największą gospodarkę świata. A Trump
mimo wszystkich swoich gróźb musi się z
nimi liczyć. Teraz Pekin chciał iść o
krok dalej i wykorzystać wizytę Trumpa
do czegoś jeszcze poważniejszego niż
domknięcie kontraktów handlowych. Pechin
chciał zdefiniować na nowo całą
amerykańsko-chińską relację. Robił to
jednak w sposób łatwy do przeoczenia.
Część zachodniej prasy skupiła się
przede wszystkim na ceremoniale i
serdeczności gospodarzy. Na zdjęciach
Trumpa i Shi spacerujących po Xwiecznej
świątyni nieba. na bankietach, na
zdjęciach chińskich miliarderów
wymieniających uściski dłoni z maskiem.
Na zachodzie pekińską wizytę opisywano
raczej jako odwilcz niż jako próbę
przemodelowania relacji między dwoma
supermocarstwami. Tymczasem Shin Ping
mimo uprzejmości wobec amerykańskich
gości na każdym kroku podkreślał własną
podmiotowość i swoje czerwone linie.
Najpełniej widać to w oficjalnym
komunikacie opublikowanym przez Pekin po
zakończeniu rozmów. Shi ogłosił, że
uzgodnił z Trumpem cytat nową wizję
budowy konstruktywnych stosunków
amerykańsko-chińskich opartych na
stabilności strategicznej. Choć
sformułowanie konstruktywna stabilność
strategiczna może wydawać się typową
ozdobą komunikatu prasowego, to w
chińskim aparacie partyjnym takie
sformułowania mają jednak niezwykle
istotne znaczenie. Nazywa się je Tifa.
Są to autoryzowane formuły, które po
opublikowaniu w oficjalnym komunikacie
stają się obowiązujące dla członków
komunistycznej partii Chin, mediów
państwowych i aparatu dyplomatycznego.
Shi opisywał konstruktywną stabilność
strategiczną za pomocą czterech filarów.
pozytywnej stabilności opartej na
współpracy, zdrowej stabilności z
umiarkowaną rywalizacją, trwałej
stabilności z różnicami możliwymi do
opanowania oraz przewidywalnego pokoju z
gwarancjami. Najbardziej znaczący jest
ten drugi filar. To pierwsze oficjalne
przyznanie przez Pekin, że w relacji
amerykańsko-chińskiej istnieje element
rywalizacji. Za prezydentury Joe Bidena
strona chińska kategorycznie odrzucała
amerykańską narrację o rywalizacji jako
wymyśloną przez imperialistów w
Waszyngtonie. Teraz Pekin akceptuje, że
rywalizacja istnieje, ale wpisuje ją w
ramę, którą sam chce zdefiniować. I
właśnie tutaj kryje się główna pułapka
pojęciowa. Zachodni czytelnik komunikatu
odruchowo skojarzy stabilność
strategiczną z dobrze znanym pojęciem z
czasów zimnej wojny, z gorącymi liniami
między Moskwą a Waszyngtonem, traktatami
rozbrojeniowymi typu Smart czy
mechanizmami zapobiegającymi
przypadkowej eskalacji. To skojarzenie
naprowadza na fałszywy trąb. Chińska
formuła sięga bowiem do zupełnie innego
rezerwuar ideowego. Proponowana przez
Chińczyków formuła to bezpośrednie
nawiązanie do koncepcji Maozedonga z
1940 roku sformułowanej w dyrektywach o
taktyce walki z Quomintangiem. Mao
opisał nie o otwartym konflikcie, lecz
właśnie o sytuacji podobnej do
dzisiejszej, gdy trzeba równocześnie z
kimś rywalizować i współpracować. Istotę
myśli Mao najlepiej oddaje słowo umiar.
Umiar sprawia, że długą walkę da się
prowadzić bez wojny totalnej, bez
katastrofy. Maoistowski umiar rozkłada
konfrontację na lata. Kładzie nacisk na
powolne, lecz systematyczne podkopywanie
pozycji przeciwnika i jednoczesne
wzmacnianie własnej potęgi. Według tej
koncepcji 1000 mniejszych ciosów jest
skuteczniejszych niż stawianie
wszystkiego na jedną kartę i próba
znokautowania przeciwnika jednym
uderzeniem. Przekładając to na sytuację
obecną, chińska konstruktywna stabilność
strategiczna nie jest propozycją
zawieszenia broni. To raczej próba
zarządzania schyłkiem Ameryki. Pekin
jest przekonany nie tylko, że jest już
mocarstwem równej rangi co Ameryka, ale
że sama Ameryka weszła już w okres
schyłku swojej potęgi. Pekin chce teraz
wyznaczyć tempo i warunki ostatniego
etapu amerykańsko-chińskiej rywalizacji.
Jednocześnie zrobić to w taki sposób,
aby uniknąć bezpośredniego konfliktu
zbrojnego. Chińskie komentarze nie
zbudziły niepokoju wśród amerykańskiej
delegacji, która zdaje się nie do końca
rozumieć chińską perspektywę i błędnie
utożsamiać ją z koncepcjami rodem z
zimnej wojny. Doszło nawet do tego, że
Marco Rubio w rozmowie z amerykańskimi
mediami wskazał wprost, że Waszyngton
akceptuje chińską formułę strategicznej
stabilności. Natomiast prezydent Trump
stwierdził, że chińskie komentarze
dotyczące schyłku Ameryki są słuszną
krytyką wobec polityki jego poprzednika,
prezydenta Bidena. Chińska koncepcja
konstruktywnej stabilności strategicznej
szybko wlewa się również do najbardziej
spornego aspektu relacji
amerykańsko-chińskich, a mianowicie
sprawy Tajwan.
Na pokładzie Air Force One będąc już w
drodze powrotnej do domu, Donald Trump
wyjawił dziennikarzom, że jednym z
tematów, który omawiał z Siedzin Pingiem
były dostawy amerykańskiego uzbrojenia
dla Tajwan. to jawne naruszenie tak
zwanych sześciu zapewnień, czyli
dokumentu z 1982
roku z czasów administracji prezydenta
Ronalda Regana, który stanowił jeden z
fundamentów amerykańskiej polityki wobec
Tajwanu. Drugie z tych zapewnień brzmi,
że Stany Zjednoczone nie będą
konsultować z Pekinem dostaw broni dla
Taipej. Trump postanowił zignorować tę
zasadę, gdyż jak stwierdził cytat lata
80 to było dawno, bardzo dawno. Słowa
amerykańskiego prezydenta od razu
wywołały alarm na Tajwanie, bo wyspa
cały czas czeka na decyzję Trumpa
dotyczącą nowego pakietu uzbrojenia
wartego 14 miliardów dolarów. Tajwański
parlament zatwierdził już 25 miliardów
dolarów specjalnego finansowania na
zakupy z USA, a Trump miał autoryzować
ten pakiet jeszcze przed wyjazdem do
Pekinu. Jednak finalnie nie zrobił tego,
uznając, że wykorzysta kwestię
uzbrojenia jako kartę przetargową w
rozmowach z Shijin Pingiem. Teraz
Tajwańczycy obawiają się, że Trump
będzie dłużej zwlekał z decyzją o
pakiecie uzbrojenia, tak aby utrzymać
dobre relacje z SH przed jego rewizytą w
białym Domu zaplanowaną na 24 września.
Choć całkowite anulowanie dostaw
uzbrojenia dla Tajwanu nie wchodzi w
grę, to dla Pekinu dużym sukcesem już
jest samo wytworzenie wrażenia, że
amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa
dla Tajwanu nie są wcale pewne, a losy
tej wyspy są przedmiotem targu między
Chinami a Ameryką. Podkopuje to bowiem
całą politykę bezpieczeństwa Taipei.
Sijping doskonale wie, że nawet
niewielka zmiana retoryczna ze strony
Trumpa, na przykład przejście od obecnej
formuły pod tytułem nie popieramy
niepodległości Tajwanu no na przykład
sprzeciwiamy się niepodległości Tajwanu
mogłaby rozsadzić tajwański konsensus
polityczny i osłabić pozycję tych
polityków na wyspie, którzy stawiają na
ścisły sojusz z Waszyngtonem. W ten
sposób po Ukrainie, Unii Europejskiej i
Islamskiej Republice Iranu. Teraz
tajwańscy stratedzy mają okazję do
studiowania tajników trampologii.
Chińczycy skupili się zotem na kwestiach
strategicznych i podczas rozmów z
Trumpem postawili na redefinicję relacji
w duchu konstruktywnej stabilności
strategicznej. Amerykański prezydent
postawił zaś na bieżące kwestie
handlowe, a zatem przynajmniej w teorii,
kwestie, gdzie osiągnięcie porozumienia
wydawało się łatwiejsze. No właśnie
wydawało się, bo finalnie choć Trumpowi
udało się zawrzeć kilka detali, to lista
sukcesów, z jaką wracał z Pekinu, była
dość skromna. Chińczycy złożyli
zamówienie na 200 beingów, to jednak
znacznie mniej niż zakładano, bo przed
wizytą mówiło się o zakupie 500
samolotów. W efekcie w dniu zakończenia
wizyty Trumpa w Pekinie akcje Beinga
spadły o blisko 5%. Pozostałe ustalenia
również nie wykraczają poza standardowy
pakiet handlowy. Pekin zobowiązał się do
zakupu co najmniej 10 miliardów dolarów
amerykańskich produktów rolnych, głównie
soi i wołowiny, oraz wznowił licencje
dla amerykańskich rzeźni na eksport
wołowiny do Chin. To szczególnie istotne
dla amerykańskich farmerów, których
głosów administracja Trumpa będzie
potrzebować w listopadowych wyborach
midterms do Kongresu. Uzgodniono też
powołanie wspólnego organu mającego
obniżyć cła na towary warte około 30
miliardów dolarów. Scott Bessent
zapowiedział dodatkowo
amerykańsko-chiński protokół do spraw
bezpieczeństwa sztucznej inteligencji,
mający uniemożliwiać prywatnym podmiotom
dostęp do najsilniejszych modeli AI. Bez
przełomu skończyły się natomiast rozmowy
w sprawie dostępów chipów Nvidi do
chińskiego rynku. Prezes NVD Jensen
Huang przyleciał z Trumpem do Pekinu z
nadzieją na ożywienie zamówień na układy
H200. Trump początkowo blokował ich
eksport do Chin, jednak finalnie
pozwolił na ich sprzedaż Chińczykom w
grudniu zeszłego roku. Od tamtego
momentu chiński rząd nie wydał żadnemu
krajowemu nabywcy zielonego światła na
zakup układów od Nvidi. W ten sposób
Pekin chce zmusić rodzime firmy do
korzystania z krajowych rozwiązań takich
jak na przykład chipy Huawei, widząc
ogromne zagrożenie w uzależnieniu się od
amerykańskiej technologii. Bez przełomu
zakończyły się również rozmowy w sprawie
Iranu. Trump liczył na pomoc SH w
wywarciu presji na Teheran w sprawie
odblokowania cieśniny Ormus, ale uzyskał
jedynie ogólnikowe zapewnienia, że
cieśnina powinna być otwarta i że Iran
nie powinien pobierać opłat od statków,
które chcą ją przekroczyć. Konkretnych
zobowiązań Pekin unikał, bo
amerykańsko-irańska wojna jest dla Chin
strategicznie korzystna. Podkopuje ona
bowiem pozycję USA w arabskich
monarchiach zatoki perskiej i
przyspiesza upadek amerykańskiej
hegemonii. Wojna z Iranem idealnie
wpisuje się zatem w chińską koncepcję
konstruktywnej stabilności
strategicznej. I nic dziwnego, że Pekin
nawet za cenę strat gospodarczych, bo
przecież blokada Ormuzu uderza również w
Chiny, największego na świecie importera
energii, jest gotów wspierać Teheran
wywiadowczo, wojskowo i gospodarczo w
konfrontacji z USA. Dobrze widać tutaj
podstawową różnicę, jaką obie strony
reprezentowały podczas szczytu w
Pekinie. Chińscy gospodarze myśleli w
kategoriach strategicznych, kierując
dyskusję w kierunku konstruktywnej
stabilności strategicznej. Trump myślał
natomiast w kategoriach stricte
handlowych, skupionych na bardzo krótkim
horyzoncie czasowym, w zasadzie
niewybiegającym poza listopadowe wybory
[muzyka] Mitters.
A jednak choć podczas pekińskiego
szczytu to Chińczycy byli zdecydowanie
stroną dominującą i kilkukrotnie udało
im się wciągnąć Trumpa w swoją grę, to
ciężko wskazać na nich jako na
jednoznacznych zwycięzców. Choć
koncepcja konstruktywnej stabilności
strategicznej jest intelektualnie
ciekawa, to Pekin może się przeliczyć,
jeśli myśli, że Trump od tak zaakceptuje
zasady narzucone mu przez Chińczyków.
Trump nie czuje się związany żadnymi
formułami, ani własnymi, ani cudzymi, a
już na pewno nie partyjnym leksykonem
komunistycznej partii Chin, którego
politycznego znaczenia i tak nie
rozumie. Ponadto chińska koncepcja ma
jedną zasadniczą wadę. Nawet bowiem
zakładając, że chińska diagnoza Ameryki
jako upadającego mocarstwa jest
prawidłowa, to równie otwartą kwestią
pozostaje kondycja chińskiego
pretendenta. Twarde dane pokazują
bowiem, że Chiny również mają swoje za
uszami. Chińska gospodarka tkwi w
deflacji według deflatora PKB od blisko
trzech lat. A oficjalny wzrost PKB na
poziomie 5% w zeszłym roku niezależni
analitycy z ośrodka Rodium Group
kwestionują i szacują w rzeczywistości
na poniżej 3%. A przypomnijmy, że
średnio państwo środka dalej jest
znacznie biedniejsze niż USA czy Unia
Europejska. Sercem problemu pozostaje
trwający od 2021 roku kryzys na rynku
nieruchomości, który jeszcze niedawno
odpowiadał za 1/4 chińskiego PKB. To
wzmacnia uzależnienie od eksportu, które
wbrew planom Pekinu jest dziś większe
niż 5 lat temu. W zeszłym roku eksport
odpowiadał za 1/3 chińskiego wzrostu. To
najwyższy udział od 1997
roku, a nadwyżka handlowa sięgnęła
rekordowego poziomu 1,2 biliona dolarów.
Demografia działa równie nieubłaganie.
Od 2022 roku po raz pierwszy od czasów
Wielkiego Skoku populacja Chin mocno
spada, a dziść wynosi już poniżej
jednego dziecka na kobietę. Teraz to
Indie, nie Chiny są najludniejszym
państwem świata, a według różnych
prognoz, w tym ONZ, ludność państwa
środka w najbliższych dekadach zredukuje
się o setki milionów osób. Chińskie
problemy widać również w siłach
zbrojnych. Chińska armia
ludowo-wyzwoleńcza nie prowadziła
pełnoskalowej wojny od konfliktu z
Wietnamem w 1979
roku, a trwająca od 2023 roku fala
czystek objęła już ponad 100 wyższych
oficerów Chińskiej Arabii. Pekin
zafiksowany na obrazie słabnącej Ameryki
zdaje się tracić z oczu wątłe podstawy
własnej potęgi. Chińska diagnoza
amerykańskiego schyłku może być w pewnej
części trafna, ale formuła
konstruktywnej stabilności strategicznej
opiera się na założeniu, które
niekoniecznie się broni. Mao istowski
umiar jako strategia długiej,
kalibrowanej rywalizacji wymaga bowiem
tego, żeby czas grał na korzyść Pekinu.
Tymczasem stan chińskiej gospodarki i
demografii każe wątpić, czy rzeczywiście
tak jest. Pekin nie jest zresztą jedynym
graczem, który przecenia fundamenty
swojej potęgi. To samo robi Waszyngton.
Szampowska wiara, że amerykańska
technologia wciąż pozostaje
niedościgiona, co widoczne było w
zaproszeniu Kółka, Maska i Huanga do
udziału w delegacji lecącej do Pekinu
jest mocnym założeniem, które dziś jest
wprost kwestionowane. Chińczycy już dziś
dominują w technologii akumulatorów,
robotyce, zielonych technologiach i
zaawansowanej produkcji przemysłowej. A
w obszarze najnowocześniejszych chipów
luka, którą Stany próbują podtrzymać
kontrolami eksportowymi, zaczyna się
powoli domykać. Paradoksalnie
amerykańskie sankcje zdają się wręcz
przyspieszać chińskie wysiłki w kierunku
samowystarczalności.
Jak w soczewce napięcia na linii Pekin
Waszyngton zbiera firma Apple, która
przenosząc gro produkcji do Chin
poniekąd wpadła w sidła komunistycznej
partii Chin. Właśnie o tym traktuje
książka Apple w Chinach. autorstwa
Patrika McGee. Książka momentalnie
uznana została za jedną z
najważniejszych pozycji mówiących o
strategicznej rywalizacji nie tylko na
poziomie geopolityki, ale także
technologii. Dzięki prześwitom Apple w
Chinach dostępna jest teraz także po
polsku, a z kodem GTBT nabędziesz
książkę i inne pozycje wydawnictwa z 35%
rabatem. Teraz wróćmy do odcinka.
Amerykańska hegemonia wojskowa również
jest coraz częściej kwestionowana, czego
dowodem jest przedłużająca się wojna z
Iranem. Mimo lat sankcji dysponowaniu
niezwykle ograniczonym arsenałem
zbrojnym, skupionym głównie wokół tanich
dronów i pocisków balistycznych,
Irańczycy zadali bardzo kosztowne straty
arabskim sojusznikom Ameryki, a blokując
cieśninę Ormus wzięli na zakładnika
światową gospodarkę. Wątpliwości
dotyczące amerykańskiej potęgi mnoży
również polityka zagraniczna Donalda
Trumpa. Choć tu obraz jest bardziej
skomplikowany niż mogłoby się na
pierwszy rzut oka wydawać. Administracja
Trumpa słusznie rozpoznała, że
dotychczasowy model amerykańskiej
hegemonii, w którym Waszyngton
dostarczał gwarancji bezpieczeństwa, a
sojusznicy spokojnie robili interesy z
chińskim i rosyjskim [muzyka] rywalem,
był nie do utrzymania. Problem polega
jednak na tym, że prezydent Trump
zdecydował się nie tyle na reformę ładu
międzynarodowego, których Stany
Zjednoczone, które Stany Zjednoczone
same de facto zbudowały po 1945 roku i w
którym nadal mimo wszystko zachowują
uprzywilejowaną pozycję co na całkowity
demontaż Starego Ładu. Ulubiona teza
Trumpa, że Ameryka jest ciągle
oszukiwana i wykorzystywana przez
sojuszników, doprowadziła do polityki, w
której Waszyngton próbuje zachować
korzyści płynące ze światowej hegemonii,
ale jednocześnie odrzuca koszty, jakie
są związane z tą hegemonią. masowe
nakładanie ceł na partnerów,
kwestionowanie zobowiązań sojuszniczych
w obrębie NATO, deklarowanie chęci
zbrojnego przejęcia terytoriów
należących do sojuszników, jak na
przykład Grenlandia, łączone jest z
żądaniami respektowania amerykańskiego
prymatu, preferencyjnego dostępu
amerykańskich firm do globalnych rynków,
zachowania uprzywilejowanej pozycji
dolara i przestrzegania amerykańskich
sankcji. Wszystko to sprawia, że Stany
Zjednoczone na arenie międzynarodowej
postrzegane są coraz częściej nie jako
światowy hegemon i wzór do naśladowania,
lecz jako światowy disraptor,
niszczyciel, który łamie stare zasady,
ale też nie proponuje nic trwałego w ich
miejsce. Nawet sympatycy Trumpa mają
coraz więcej problemów z tłumaczeniem
jego kolejnych posunięć, czego
najlepszym dowodem jest chociażby atak
na Iran, który stoi w jawnej
sprzeczności z nową amerykańską polityką
bezpieczeństwa narodowego, którą
administracja opublikowała zaledwie pod
koniec zeszłego roku. Choć Trump
deklaruje, że jego celem jest od nowa i
wzmocnienie amerykańskiego imperium, to
ciężko nie odnieść wrażenia, że o ile
Trump skutecznie zdiagnozował kondycję
imperium, to dobrał nieodpowiednią
kurację leczniczą, która zamiast
odbudować jego status, zapewnia mu
terapię wstrząsonową. Otwartym pozostaje
jednak pytanie, czy ma to w ogóle
jakiekolwiek znaczenie, a konkretnie to
amerykańskie, jak i chińskie
przecenianie własnych sił, jak i
niedocenianie przeciwnika. Kilka lat
temu w mediach rywalizację
amerykańsko-chińską porównywano do nowej
zimnej wojny. Z perspektywy czasu to
określenie wydaje się błędne, gdyż nie
oddaje w pełni stopnia skomplikowania
współczesnej geopolityki. Świat nie
dzieli się na dwa wyraźne bloki, którymi
Chiny i Ameryka mogłyby rządzić. BRIs,
chińska alternatywa wobec instytucji
zachodnich, pozostaje de facto klubem
dyskusyjnym, do którego choć stale
dołączają nowi członkowie, to robią to
ze względu na politykę hedżową niż
jednoznaczne zajęcie opcji pro
chińskiej. Po stronie amerykańskiej
obraz jest podobny. Dawni sojusznicy USA
dywersyfikują swoje relacje. Państwa
globalnego południa po cichu rozbudowują
własne ośrodki decyzyjne, a europejskie
stolice coraz głośniej mówią o autonomii
strategicznej. Nowa architektura
rywalizacji amerykańsko-chińskiej jest
realna i będzie kształtować politykę
światową w nadchodzących latach, ale
jest też prawdopodobnie ostatnim wielkim
aktem dwubiegunowego myślenia o porządku
globalnym. Przyszłość leży raczej w
multipolarności, średnich potęgach oraz
regionalnych blokach gospodarczych i
wojskowych. Świat jest większy niż
piątka. Powtarza od lat Rechep Type
Erdogan atakując monopol stałych
członków Rady Bezpieczeństwa ONZ.
Pekiński szczyt pokazał, że dziś świat
jest większy nawet niż dwójka. Z Pekinu
obaj rozmówcy wracali przekonani, że gra
toczy się na ich warunkach. Jeden licząc
kontrakty, drugi szlifując formułę
konstruktywnej stabilności
strategicznej. być może jednak
najważniejsza rewolucja naszych czasów
polega na tym, że obie te diagnozy są
równie nietrafione, a nowy ład globalny
jest znacznie szerszy niż definicje
kalibrowane przez Waszyngton i Pekin.
Partnerami kanału są oponeo.pl. Zmień
opony na lepsze w 24 godziny. Aplikacja
inwestycyjna XTB KFD. Polski producent
suplementów diety i żywności
funkcjonalnej. a także infakt,
zakładanie działalności za 0 zł,
księgowość i aplikacja do prowadzenia
firmy.
Dziękujemy także naszym patronom,
których wsparcie umożliwia nam
tłumaczenie treści na wiele języków.
Niezmiennie również zachęcam do
wspierania akcji Paczki dla Ukrainy.
Ask follow-up questions or revisit key timestamps.
Analiza szczytu w Pekinie między Donaldem Trumpem a Xi Jinpingiem ukazuje głębokie różnice w podejściu obu mocarstw do wzajemnych relacji. Podczas gdy amerykańska delegacja, skupiona na transakcyjnych korzyściach handlowych, traktowała spotkanie jako okazję do kontraktów, strona chińska wykorzystała je do przeforsowania koncepcji 'konstruktywnej stabilności strategicznej'. Ta strategia, nawiązująca do myśli Mao Zedonga, zakłada kontrolowaną rywalizację mającą na celu zarządzanie rzekomym schyłkiem amerykańskiej potęgi. Film wskazuje, że obie strony przeceniają własne fundamenty, nie zauważając, że świat zmierza w stronę multipolarności, w której rola średnich potęg staje się coraz bardziej istotna.
Videos recently processed by our community