Uwięzieni, zmarznięci, odcięci...Czy udało się ich uratować?
517 segments
to nie miało prawa się wydarzyć. W
nowoczesnym górnictwie katastrofy o
takim przebiegu są rzadkością, ale gdy
już się wydarzają, mają zwykle bardzo
dramatyczny przebieg. Dziś o błędach,
trochę o oszczędnościach nadludzkiej
woli przetrwania, a także o ryzykownych
decyzjach, dyscyplinie i bohaterstwie.
Pod koniec filmu będzie mały segment, w
którym chciałbym z wami chwilę pogadać,
więc jeśli interesuje was przyszłość
kanału i pewne wyjaśnienia z mojej
strony, to zostańcie. Jeśli nie, to też
okej. Dam znać, kiedy zamykam historię i
przechodzę do prywaty. Ja się nazywam
Karol Bielski. To jest odwrócona lekcja.
Zaczynamy. Rozdział pierwszy. Przebicie.
24 lipca 2002 roku, godzina 20:50. W
kopalni Q Creek pracuje 18 górników. Są
podzieleni na dwa dziewięcioosobowe
zespoły operujące w różnych częściach
zakładu, sekcji pierwszej oraz sekcji
szóstej. Sekcja szósta znajduje się
najgłębiej około 1,5 km od wjazdu do
kopalni. To tutaj zespół pod dowództwem
rendego Fogla eksploatuje niski zaledwie
trochę ponadmrowy pokład węgla. Praca
odbywa się w ciągłym przyklęku.
Kluczowym elementem operacji są mapy
wyrobisk. Inżynierowie CUC Creek
opierają się na dokumentacji sąsiedniej
kopalni Saxsman zamkniętej w 1963 roku.
Według tych planów obie kopalnie dzieli
około 90 m nienaruszonej skały. Jest to
jednak błąd w dokumentacji sprzed blisko
pół wieku. W rzeczywistości granica
starej kopalni przebiega znacznie
bliżej. Stare wyrobiska Saksman nie są
puste. Przez 40 lat gromadziło się w
nich ponad według różnych szacunków
200-250
milionów litrów wody. Różnica poziomów i
masa tej wody sprawia, że ciecz znajduje
się pod dosyć wysokim ciśnieniem.
Godzina 20:51.
Kombajn sekcji szóstej podjeżdża do
ściany węgla i rozpoczyna pracę. Nikt
tego wówczas nie wie, ale w tym miejscu
granica między górnikami a zalaną
kopalnią ma zaledwie kilka metrów
grubości i jak się domyślacie, ta
granica zostaje przerwana. Woda wdziera
się do korytarzy z ogromną prędkością,
natychmiast niszcząc system oświetlenia
i łączności w tej części kopalni.
Rozpoczyna się dramat dwóch grup.
Górnicy sekcji pierwszej oddalonej od
kilkaset metrów słyszą huk i czują
gwałtowny podmuch powietrza. W
oryginalnych źródłach pojawia się fraza
airblast. Widząc zbliżającą się wodę,
górnicy rzucają się do ucieczki w stronę
wyjścia. Po dramatycznej przeprawie
przez zalane chodniki całej dziewiątce
udaje się dotrzeć do szybu i wyjechać na
powierzchnię około 21:30.
To oni zawiadamiają sztab o katastrofie.
Dla grupy Rendego Fogla w sekcji szóstej
sytuacja wygląda nieco inaczej.
Zdecydowanie gorzej. W mniej niż 5 minut
woda odcina drogę ucieczki. Widząc, że
nie zdołają przebić się do wyjścia,
podejmują jedyną możliwą decyzję.
ruszają w głąb kopalni w stronę najwyżej
położonego odcinka wyrobiska. Górnicy
docierają do ślepego zaułka, gdzie strop
podnosi się o kilkanaście cm. Tam w
całkowitej ciemności formuje się kieszeń
powietrzna. Mają świadomość, że jeśli
poziom wody wzrośnie jeszcze o pół
metra, zostaną całkowicie zalani. W tym
momencie na powierzchni nikt nie wie,
czy w sekcji szóstej ktokolwiek przeżył
uderzenie niszczycielskiej fali.
Rozpoczyna się wyścig z czasem rozdział
drugi. Ale kto zawinił?
Aby zrozumieć, dlaczego doszło do
katastrofy, musimy cofnąć się o pół
wieku. W górnictwie przeszłość jest tak
samo ważna jak teraźniejszość. Każdy
wydrążony metr tunelu musi zostać
naniesiony na mapy, które stają się
bardzo ważne dla kolejnych pokoleń.
Kiedy kopalnia Cuc Creek otrzymała
pozwolenie na wydobycie, inżynierowie
wyznaczyli bezpieczną strefę buforową,
te około wspominane 90 m nienaruszonej
skały, która miała oddzielać ich od
starej zalanej kopalni Saksman. Problem
polegał na tym, że polegali na
dokumentach z 57
i niektórych z 63 roku. W tamtych
czasach mapy tworzono ręcznie. Pomiary
geodezyjne nanoszono tuszem na papier,
który z czasem coraz trudniej było
odczytać. Co gorsze, w latach 60
standardy raportowania były umowne.
Kiedy kopalnię Saksman zamykano, nikt
nie weryfikował, czy ostatnie metry
wydobycia zostały naniesione na plan z
należytą precyzją. W rzeczywistości
ostatni górnicy pracujący w Saksman
podskubali złoże znacznie dalej niż
deklarowano. Na papierze dzieliło ich 90
m, w rzeczywistości kilka czy
kilkanaście. Ale dlaczego nikt tego nie
sprawdził? W 2002 roku technologia
pozwalała na użycie radarów
penetrujących grunt, czy też częściej
stosowanych odwiertów badawczych. Jednak
przepisy federalne tego nie wymagały.
Jeśli kopalnia posiada certyfikowane
mapy historyczne, ma prawo opierać się
właśnie na nich. Firma wydobywcza uznała
archiwalne dokumenty za fakt
niepodważalny. Oszczędzono na badaniach
geofizycznych, ufając kartografom,
którzy nie żyli już od kilkunastu lat.
Ale musimy oddać sprawiedliwość. To nie
było świadome narażenie życia, raczej
błędy proceduralne i nadmierne zaufanie
do starych dokumentów. Przez cztery
dekady nikt nie zaglądał do szybów
Saksman. Woda deszczowa i gruntowa
powoli wypełniały puste korytarze,
zmieniając je w gigantyczny podziemny
zbiornik. Miliony litrów wody napierały
na ścianę węgla, która z każdym rokiem
stawała się słabsza pod naporem wilgoci
i ciśnienia. Inżynierowie w CCreek
widzieli na ekranach komputerów
bezpieczny dystans, ale pod ziemią w
sekcji szóstej Randy Fogle i jego ludzie
właśnie zbliżyli się do krawędzi. Gdyby
ktoś w 63 roku postawił kropkę o
centymetr bliżej na mapie, gdyby ktoś w
2002 roku zdecydował się na jeden
dodatkowy odwiert kontrolny, ale nikt
tego nie zrobił, dziewięciu ludzi
zapłaciło cenę za błąd, który od 40 lat
spokojnie leżał w archiwum, czekając na
moment. Rozdział trzeci. Pułapka.
Godzina 21:50.
Godzina od przebicia. Dziewięciu
górników z sekcji pierwszej jest już
bezpiecznych na powierzchni, ale w
sekcji szóstej sytuacja staje się
krytyczna. Grupa randego Fogla dociera
do najwyższego punktu wyrobiska, do
ślepego załuka. Kilka metrów szerokości,
absolutnie żadnej drogi ucieczki. Woda
wdarła się do korytarzy, ale powietrze
nie miało dokąd uciec i zostało
uwięzione pod stropem. Sprężone tworzyło
taką naturalną bańkę. A więc jest
szansa. Mają czym oddychać. Przetrwali
pierwsze krytyczne chwile katastrofy.
Ale radość trwa tylko chwilę. Poziom
wody podnosi się. Powoli, ale
systematycznie. Warunki ekstremalne.
Woda ma około 12 stopni. W takiej
temperaturze organizm traci ciepło
wielokrotnie szybciej niż na powietrzu.
Górnicy stoją w wodzie po pas, czasem po
klatkę piersiową. Zbliżają się do
siebie, próbują dzielić się ciepłem. Z
każdą minutą jest trudniej. Najpierw
pojawia się nieowane drżenie mięśni. To
ostatnia próba wytworzenia ciepła. A
mówimy o drżeniu naprawdę znacznym.
Trudno zachować precyzję ruchów, trudno
nawet mówić. Potem wszystko zwalnia.
Ruchy stają się ciężkie. Palce
sztywnieją. Na poziomie komórkowym
reakcje zaczynają wyhamowywać. Mięśnie
tracą siłę, serce bije wolniej.
Najbardziej cierpi mózg. Dezorientacja,
zamglone myślenie, ociężałe myśli, coraz
trudniej podejmować decyzj, a potem
drżenie ustaje, pojawia się spokój,
czasem poczucie ciepła. Jeszcze o tym
sobie pogadamy. To znak, że organizm się
poddaje. Górnicy tracą siły tak szybko,
że szansa na ratunek obniża się
dramatycznie. Randy Fogle podejmuje
decyzję. Wyciągają plastikowe pojemniki
na drugie śniadanie. Do środka wkładają
krótkie wiadomości. Samo ich napisanie
wydaje się nad ludzkim wysiłkiem. To
listy pożegnalne przywiązują je do pasów
narzędziowych. Jeśli zginą, ktoś je
kiedyś odnajdzie, a oni przynajmniej
mają czym zająć głowy. Godzina 22:45.
Powierzchnia. Na miejscu są już setki
ludzie, ratownicy, inżynierowie, agenci
federalni z Mind Safety and Health
Administration. Trwa wyścig z czasem.
Inżynierowie nakładają mapy, liczą,
szacują, muszą trafić w przestrzeń o
szerokości kilkunastu metrów przez 73 m
skały. Zapada decyzja. Zaczynają
wiercić. Wąski otwór zaledwie 15 cm
średnicy. To duże ryzyko. Jeśli trafią w
tą kieszeń powietrzną, ciśnienie może
gwałtownie spaść, powietrze ucieknie, a
woda w szybkim tempie podniesie się pod
sam strop i nie będzie już kogo ratować.
25 lipca, godzina 1:00 w nocy. Wiertło
przebija się do komory. Każda sekunda
jest cenna. Powietrze ucieka przez
odwiert. Lustro wody podnosi się.
Natychmiast podłączają kompresory.
Zamiast wypuszczać powietrze, wtłaczają
nowe, sprężone i ogrzane. To ważny
moment. Ciśnienie wtłaczanego powietrza
zatrzymuje podnoszenie się wody. Oprócz
tego pracują pompy wypompowujące wodę z
zalanych korytarzy. Ratownicy pochylają
się nad otworem. Cisza. I wtedy z
głębokości 70 m dobiega dźwięk
metaliczny, wyraźny uderzenie
drugie, trzecie, w sumie dziewięć
uderzeń i przerwa.
Na dole ktoś żyje. Czy to możliwe, że
wszyscy, że cała dziewiątka przetrwała?
Świat dowiaduje się, że w sekcji szóstej
są ludzie, ale to początek. Aby ich
wydostać, trzeba wywiercić drugi otwór,
znacznie większy, na tyle duży, by
zmieścił się dorosły, krzepki facet. A
to zajmie godziny. Jest jednak nadzieja.
Rozdział czwarty. Albo wszyscy, albo
nikt.
25 lipca południe, 16 godzin pod ziemią.
Dźwięk dziewięciu uderzeń w rurę
wiertniczą daje nadzieję, ale dla
górników w sekcji szóstej nic się nie
zmienia, a właściwie jest gorzej. Mimo
wtłaczanego ogrzanego powietrza
temperatura w komorze utrzymuje się na
niskim poziomie 12 do 15 stopni. Woda
nie przestaje odbierać im ciepła.
Organizmy zaczynają się poddawać.
Dreszcze są tak silne, że trudno ustać.
Mowa staje się nie wyraźna, pojawia się
apatia. Niektórzy przestają reagować i
wtedy zapada decyzja. Jedna z
najważniejszych w całej tej historii.
Rendy Fogl patrzy na swoich ludzi i
widzi, że zaczynają znikać w oczach.
każe im zdjąć pasy narzędziowe, ciężkie,
skórzane, o taki symbol ich pracy. Teraz
jedyna szansa. Muszą je ze sobą
przepleść i stworzyć coś w rodzaju
łańcucha. Związują się razem. Jeśli ktoś
straci przytomność, nie zatonie. Jeśli
ktoś umrze, nie zostanie sam. Jeśli mają
zostać odnalezieni, to wszyscy w
ciemności, w lodowatej wodzie trzymają
się razem, oddychają razem, drżą razem,
próbują przetrwać razem, przytulają się
do siebie. To ma zatrzymać ciepło
minimalnie, ale wystarczająco, by kupić
kolejne minuty. Na dole czas zwalnia, na
górze przyspiesza. Akcja ratunkowa
uderza w ścianę. Dosłownie główna
wiertnica, która ma wykonać ten otwór
ratunkowy o średnicy 65 cm ulega awarii.
Diamentowe ostrze pęka kilka metrów pod
powierzchnią. Zegaryka. Nowa głowica
musi zostać sprowadzona z innego stanu,
a to potrwa. Mijają godziny, ale na dole
nie mają godzin. Uwięzieni w swoim
łańcuchu górnicy zaczynają tracić
kontakt z rzeczywistością. Brak snu,
ciemność, przeraźliwe zimno. Mózg
zaczyna płatać świgle. Pojawiają się
halucynacje. Niektórzy słyszą głosy,
inni widzą światło, którego tam nie ma.
Ktoś mówi, że widzi wyjście, ale to nie
ma wyjścia. granica między jawą a takim
snem zaciera się, a ciała coraz częściej
chcą się poddać i pojawia się ta
najgroźniejsza myśl. A może już nie
warto walczyć? Rozdział piąty.
Dyscyplina.
W stanie głębokiej hipotermii, gdy
temperatura ciała spada poniżej 30
stopni, organizm przestaje być
sprzymierzeńcem, zaczyna wariować.
Pojawia się zjawisko, które ratownicy
medyczni nazywają paradoksalnym
rozbieraniem się. Mechanizm jest dość
logiczny. W ramach obrony organizm
obkurcza naczynia krwionośne w dłoniach
i stopach, by tłoczyć resztki ciepłej
krwi do najważniejszych organów, serca
czy mózgu. Ale w pewnym momencie mięśnie
sterujące naczyniami krwionośnymi,
skrajnie wyczerpane brakiem energii,
puszczają i gwałtownie się rozszerzają.
Ciepła krew z wnętrza ciała zalewa
lodowatą skórę. Mózg dostaje nagły
sygnał i odczytuje go jako potężną falę
gorąca. Oficierze wydaje się, że że
płonie. W przypływie obłędu ludzie w
ostatnich chwilach często zrywają z
siebie ubrania, w rzeczywistości wydając
na siebie wyrok. Dyscyplina górników z
Cucreck uratowała im życie, bo nie
pozwolili sobie na ten ostatni gest.
Wiedzieli, że mokre ubrania, choć zimne
i ciężkie, są tarczą. Działa tu fizyka
warstwy granicznej. Materiał więzi przy
skórze cieniutką warstwę wody, którą
ciało zdążyło nieco ogrzać. To nędzne,
ale działające mikrośrodowisko, które
oddziela ich od zabójczej konwekcji,
czyli stałego odbierania ciepła przez
przepływającą nową wodę kopalnianą.
Gdyby ściągnęli koszulę, lodowata ciecz
uderzałaby bezpośrednio w klatki
piersiowe, wychładzając krew
błyskawicznie. Mogłoby dojść do
szybkiego zatrzymania akcji serca.
Utrzymanie ubrań na grzbiecie, gdy mózg
krzyczy, że płoniesz, wymagało ogromnej
siły woli. To była pierwsza bariera,
którą musieli pokonać, zanim w ogóle
pomyśleli o jakimś ratunku. Dopiero gdy
opanowali ten pierwotny instynkt
samozniszczenia, mogli przejść do planu,
który uczynił ich legendarnymi. Rozdział
szósty. Wyścig z czasem.
25 lipca, poranek. Pod ziemią dziewięciu
ludzi walczy o utrzymanie przytomności.
Na powierzchni zaczyna się walka z
czasem. Właściwie trwa już cały czas.
Pierwszy odwiert przynosi kluczową
informację. Mamy powietrze. Pomiar
pokazuje około 19% tlenu. To wystarcza,
by przeżyć, ale nie daje odpowiedzi na
inne pytanie. Jak długo? Wiemy już, że
brak powietrza nie jest zagrożeniem, a
przynajmniej nie głównym. Jest nim woda
i temperatura. Do akcji wchodzą pompy
przemysłowe. Ich łączna wydajność sięga
dziesiątek tysięcy litrów na minutę. W
szczytowym momencie ponad 100 000 l.
Poziom wody jest stale monitorowany.
Różnica kilkudziesięciu centymetrów
zdecyduje o życiu lub śmierci.
Równolegle trwa wiercenie tego drugiego
otworu. To ma umożliwić ewakuację. Po
awarii wiertnicy prace zatrzymują się na
kilkanaście godzin. W innym odwiercie
dochodzi do utraty narzędzi. Sprzęt
zostaje w środku. Trzeba zaczynać od
nowa. Na podstawie danych o napływie
wody i objętości wyrobisk ratownicy
szacują sytuację. Jeśli poziom wody
dalej będzie się podnosił, czas życia
uwięzionych górników może być liczony w
godzinach. System wtłoczania powietrza
już działa, ale cały czas trwa walka o
utrzymanie stabilnego ciśnienia. To
dosyć bezprecedensowe rozwiązanie,
rzadko stosowane w takich sytuacjach, a
ryzyko jest realne. Zbyt duże ciśnienie
pogorszy sytuację, zbyt małe nie
zatrzyma wody. Utrzymuje się kontakt.
System stuków w rurę cały czas działa.
Dziewięć stuków. Na powierzchni pracują
setki, ratownicy, inżynierowie
federalni. Teren wokół szybu zmienia się
w centrum operacyjne. Na tym etapie
wiadomo już, że to nie jest standardowa
akcja ratunkowa i pojawia się
rozwiązanie.
27 lipca wieczór. 70 godzin pod ziemią.
Na powierzchni czas liczy się w
centymetrach. Nowa głowica wiertnicza
wgryza się w skałę powoli, ale
konsekwentnie. Każda minuta przestoju
może oznaczać, że na dole ktoś właśnie
przestaje oddychać. O 22:15
wiertło przebija strop. Powstaje otwór,
wspomniane 65 cm, jedyna droga na
powierzchnię, ale to nie jest koniec.
Ratownicy przygotowują kapsułę. Mała,
ciasna i jedyna droga na powierzchnię.
Jest tak wąska, że dorosły mężczyzna
ledwo się w niej mieści, ręce musi
trzymać przy sobie. Nie może się
poruszyć. Jeśli zaklinuje się w połowie
drogi, nie będzie jak jej wydostać. 28
lipca, godzina 1:00, niedziela. Kapsuła
zjeżdża, powoli znika w otworze. 73 m
niżej, dziewięciu patrzy w górę. Widzą
światło pierwsze od trzech dni. Randy
Fogle podejmuje ostatnią decyzję jako
dowódca. Ustala kolejność. Najsłabsi idą
pierwsi. Ci, którzy bez natychmiastowej
pomocy nie przeżyją kolejnej godziny. I
zaczyna się. Pierwszy wchodzi do
kapsuły. Drzwiczki zamykają się, lina
się napina. Wciągają powoli. Każdy kurs
trwa około 15 minut. Trudno sobie
wyobrazić, co czuje człowiek w trakcie
takiej drogi. 15 minut biorąc pod uwagę
okoliczności to strasznie długo.
Przypominam w jakim stanie są ich ciała
i ich umysły. Absolutna cisza w stalowej
rurze metr po metrze na powierzchni
cisza. Setki ludzi, rodziny,
dziennikarze, wszyscy patrzą w jeden
punkt i wtedy kapsuła się pojawia.
Pierwszy żyje, potem kolejny i następny,
czwarty, szósty, siódmy. Za każdym razem
to samo napięcie. Za każdym razem to
samo pytanie. Czy następny też wyjdzie?
Godzina 2:45. Na dole zostaje tylko
jeden człowiek. Randy Foggle przez 77
godzin odpowiadał za życia swoich ludzi.
Został sam w ciemności w zalanym
wyrobisku. Czeka na swoją kolej. Przez
kilka minut jest jedynym człowiekiem pod
ziemią. Kapsuła wraca ostatni raz. Ręy
wchodzi do środka. Drzwiczki się
zamykają. Wyjeżdża na powierzchni
euforia. Mało kto wierzył w taki sukces.
Dziewięciu weszło. Dziewięciu wyszło.
Ale ta historia nie kończy się tutaj.
Coś z nich zostało tam na dole w
ciemności w tej wodzie. Rany się zagoją,
ale pamięć zostanie. Dla większości z
nich to była ostatnia szychta. Nigdy
więcej nie zjechali pod ziemię.
Wiedzieli, że limit cudów na jedno życie
mógł się właśnie wyczerpać. To jedna z
tych historii, które na długo zostają w
pamięci. Dziękuję, że wytrwaliście ze
mną do końca. To dla mnie naprawdę dużo
znaczy. A teraz jak zapowiadałem, chwila
rozmowy. Kilka słów.
Dlaczego śmiem was tu jeszcze trzymać?
Widzę wasze zaangażowanie i sympatię,
jaką uderzycie odwróconą lekcję. Widzę
też, że część z was denerwuje się, że
umieszczam w filmach reklamy. I jasne,
macie pełne prawo. W końcu nie po to tu
przyszliście. Wiecie, utrzymanie tempa
dwóch filmów na tydzień jest dużym
obciążeniem. Ja właściwie nie wychodzę z
roboty. Pracuję sam. Wykonanie
porządnego researchu, napisanie
angażującego scenariusza, montaż to
robota dla kilku osób. Czasem brakuje
czasu na kontrolę, czasem wkradają się
błędy, czasem jakość materiałów jest w
moim odczucie niż w moim odczuciu niższa
niż mogła czy powinna być. Myślę o
dobraniu kilku współpracowników do
pomocy, ale ale no właśnie przez wiele
lat sam byłem nauczycielem i dobrze wiem
jak to jest, gdy nie jest się
wynagradzanym odpowiednio, odpowiednio
do wysiłku. Jeśli więc miałbym z kimś
nawiązać współpracę, chciałbym płacić
ludziom godnie. Dlatego zbieram fundusze
na rozwój i stąd reklamy. Większość
zgłaszających się do mnie firm odrzucam.
Wybieram tylko takie produkty czy marki,
który sam używam albo śmiało mógłbym.
Piszecie mi c z czasem sprzedałeś się za
kasę, a taki fajny był ten kanał.
Wierzcie mi, sprzedanie się mogłoby
wyglądać zupełnie inaczej i szybko
byście to dostrzegli. Są marki wielkie,
globalne i w moim odczuciu ciutnieczne,
gotowe płacić niewyobrażalne wręcz
pieniądze, ale tu nie ma dla nich
miejsca. Czasem w komentarzach pojawia
się też wątek: "Nie rób reklam, załóż
Patronite". Ale ja już mam Patronite i
nie chwalę się tym za bardzo. Założyłem
go w czasach, kiedy ten kanał był mały,
typowo szkolny i kilka złotych wsparcia
było miłym dodatkiem. Obecnie zarobki z
wyświetleń są lepsze i proszenie ciężko
pracujących ludzi o pieniądze dla
youtubera jest jakieś takie no nie wiem.
Postanowiłem więc finansować rozwój z
pieniędzy firm, a nie waszych. Wydaje mi
się to bardziej sprawiedliwe, a was
kosztuje to dodatkową minutę waszego
czasu. Tak więc wyświetlenia są moją
wypłatą, a reklamy inwestycją w
przyszłość kanału. Jeśli macie jakieś
przemyślenia, śmiało dzielcie się.
Trochę się miotam, szukam jakiegoś
złotego środka. Może macie inne pomysły.
Także no wybaczcie za tą chwilę prywaty.
Jeszcze raz wam dziękuję za wszystkie
wyrazy wsparcia. Będę was informował,
jak coś się zmieni i nie złość się na
mnie. Dobrego dnia. Do następnego razu.
Ask follow-up questions or revisit key timestamps.
Film przedstawia historię katastrofy w kopalni Quecreek w 2002 roku, gdzie dziewięciu górników zostało uwięzionych w zalanej komorze. Dokument ukazuje błędy kartograficzne, które doprowadziły do przebicia do starej kopalni, ekstremalne warunki, w jakich przetrwali mężczyźni (walcząc z hipotermią), oraz skomplikowaną operację ratunkową zakończoną wydobyciem wszystkich poszkodowanych za pomocą specjalnej kapsuły po 77 godzinach.
Videos recently processed by our community