Pakt Bałtycki vs Federacja Rosyjska [Scenariusze Wojny 2034]
1730 segments
Я не хочу, чтобы эти ублюдки из
Варшавского договора бесчин на границах
России. На мертвой
lutym 2034
roku powiedział 81letni
wówczas Władimir Putin. W maju tego roku
pierwsze rosyjskie kolumny zaczęły
forsować bałtycką linię obronną. Od
pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę
minęły już 4 lata. Dawno minęły czasy,
gdy społeczeństwa Zachodu z zapartym
tchem śledziły dynamiczne zmiany na
mapie tej wojny. Dziś walki mają
charakter pozycyjny. Front się
ustabilizował, a wojna
rosyjsko-ukraińska stała się elementem
nowej normalności, obecnym, ale już nie
dominującym w europejskich mediach i
debatach politycznych.
Łatwo zrozumieć, dlaczego strach przed
rosyjskim zagrożeniem osłab. Druga armia
świata, która miała zdobyć Kijów w 72
godziny, utknęła w wieloletniej wojnie
na wyniszczenie. Rosyjska potęga, którą
straszono całe pokolenia Europejczyków
okazała się mitem. Przynajmniej tak
wyglądają popularne narracje. Ale czy
aby na pewno? Rosja, choć słabsza niż
sądzono przed 2022 rokiem, wykazała się
dużą odpornością. Nie upadła pod
ciężarem sankcji, nie runęła z powodu
strat na froncie. Mimo epizodów w
rodzaju buntu Prigorzyna nie pogrążyła
się w chaosie wewnętrznym. Zamiast tego
w obliczu klęski w pierwszej fazie wojny
Rosja przegrupowała swoje siły, zmieniła
metody walki i trwa w przekonaniu, że
uda jej się złamać ukraiński opór.
Tymczasem sytuacja międzynarodowa jest
niezwykle płynna. Relacje
transatlantyckie są w kryzysie. Jedność
Zachodu, kiedyś oczywista, dziś stoi pod
znakiem zapytania. Ameryka, przynajmniej
deklaratywnie, wycofuje się z roli
światowego żandarma. Jeśli skupia się na
jakiejkolwiek rywalizacji, to przede
wszystkim tej z Chinami i ewentualnie
wspieraniu Izraela. A Rosja, Rosja
według amerykańskich przywódców nie jest
rywalem, lecz raczej odwracalną kartą
UNO, którą można wykorzystać przeciwko
Chinom. To bardzo korzystne sygnały dla
Rosji, które w perspektywie kilku lat
mogą zwiastować zmianę sytuacji
międzynarodowej na korzyść Kremla.
Te zmiany nie przesądzają jeszcze o
wyniku wojny na Ukrainie, ale otwierają
przestrzeń dla scenariuszy, które
jeszcze niedawno wydawały się
nieprawdopodobne. Rosyjskie zagrożenie
jest jak najbardziej realne i przy
spełnieniu niektórych warunków może
zabukać do drzwi Europy. I tu bardzo
mocne podkreślenie. Może nie znaczy, że
musi. Istotnie analizy takie jak ta
niejako intencjonalnie muszą ustawiać
warunki gry na korzystne dla Rosji, by
ta w ogóle poczuła pokusę agresji.
Aczkolwiek uważamy, że sam fakt, że
takie prawdopodobieństwo jest niskie,
nie zwalnia nas z obowiązku
intelektualnego rozważenia czarnych
scenariuszy. Z tego powodu warunki
brzegowe przedstawione w tym materiale
są umyślnie skrzywione w stronę
prorosyjską, bo jedynie wówczas
perspektywa operacji zbrojnej w Europie
staje się realna. Dlatego dzisiaj
chcielibyśmy zaproponować wam grę
wojenną. Jakie warunki musiałyby
zaistnieć, aby Rosja znowu stała się
bezpośrednim zagrożeniem militarnym dla
Europy? Czy Rosja mogłaby zająć kraje
bałtyckie, przeprowadzić inwazję na
szwedzką Gotlandię, przeciąć przesmyk
suwalski?
Nie twierdzimy, że tak się stanie, ale
warto zadać pytanie, co by było gdyby?
Cter lata wojny, ustabilizowany front,
jedność zachodu pod znakiem zapytania i
Ameryka, która coraz wyraźniej skupia
się na rywalizacji z Chinami kosztem
zaangażowania w Europie. Niepewność na
taką skalę nie zostaje tylko w serwisach
informacyjnych. Prędzej czy później
trafia na rynki. Dlatego osobiście od
lat staram się na te zmiany reagować
świadomie, a nie czekać, aż mnie
zaskoczą. I właśnie dlatego korzystam z
XTB, który jest partnerem GTBT i moim
własnym centrum inwestycyjnym. Platforma
daje mi dostęp do ponad 9400
akcji i ETFów z całego świata, w tym
spółek, sektorów energetycznego,
przemysłowego i technologicznego. Co
więcej, dopóki mój miesięczny obrót nie
przekroczy równowartości 100 000 €?
Akcje i ETFY kupuję w XTB bez prowizji.
Jeśli chcesz zacząć, ale nie wiesz jak,
to pamiętaj, że rejestrując konto w XTB
z kodem GTBT otrzymasz wyjątkowe
materiały edukacyjne dedykowane
początkującym, które krok po kroku
wprowadzą cię w świat inwestowania i
finansów. Pamiętaj, że inwestowanie
wiąże się z ryzykiem.
Nasza historia rozpoczyna się zimą 2027
roku. Wojna na Ukrainie nadal trwa. Mimo
strat w ludziach i sprzęcie rosyjskie
siły zbrojne nie utraciły zdolności
ofensywnych i w powolnym tempie
kontynuują zajmowanie kolejnych terenów.
Kilka tygodni temu rozpoczęła się bitwa
o Słowiańsk, ostatnie większe miasto
Donbasu, które nie zostało jeszcze
zajęte przez Rosję. Gdy oddziały ósmej
gwardyjskiej armii zaciskają pierścień
wokół Słowiańska, w Moskwie mają miejsce
równie ważne wydarzenia. Przez całą zimę
na Kremlu odbywa się seria tajnych
spotkań Władimira Putina z jego
najbliższymi współpracownikami. Na
przeciągających się do nocy obradach
obecni są między innymi szef sztabu
generalnego Waleri Gierasimow, minister
obrony Andrj Biełusow, dyrektor wywiadu
zagranicznego SWR Sergiej Naryszkin oraz
szef federalnej służby bezpieczeństwa
FSB Aleksandr Bortnikow. Celem jest
omówienie sytuacji strategicznej
Federacji Rosyjskiej nie tylko na
froncie, ale również na arenie
międzynarodowej.
Obraz jaki wyłania się z tych rozmów
jest niezwykle skomplikowany. Mimo że
Rosja powoli zajmuje kolejne tereny na
Ukrainie, to generał Waleri Gierasimow i
sztab generalny nie widzą większych
szans na całkowite załamanie się
ukraińskich linii obronnych. Rosja nadal
jest w stanie prowadzić działania
ofensywne, jednak tempo zajmowania
terenu nie przyspiesza. Lepsze wieści
dla Putina ma wywiad zagraniczny.
Sergiej Naryszkin wskazuje, że sytuacja
międzynarodowa jest dla Rosji korzystna.
Stosunki między administracją prezydenta
Donalda Trumpa a Unią Europejską i
Ukrainą pozostają nadal napięte. Za
fiasko dotychczasowych rozmów pokojowych
Amerykanie winą obarczają głównie
postawę Kijowa i Unii, która zachęca
Ukrainę do kontynuowania oporu i nie
podpisywania porozumienia pokojowego na
warunkach narzuconych przez Moskwę i
Waszyngton. Jednocześnie warunki między
USA a Rosją są bardzo przyjazne.
Administracja Donalda Trumpa nie
postrzega Rosji jako zagrożenia dla USA.
W amerykańskiej optyce Rosja jest
zagrożeniem wyłącznie dla Europy i to
Europa powinna sobie z tym zagrożeniem
samodzielnie poradzić, wykorzystując do
tego europejskie środki i narzędzia bez
udziału Ameryki. Waszyngton jest zajęty
sprawami zachodniej półkuli i problemem
chińskim. I właśnie przez pryzmat tych
dwóch problemów Waszyngton patrzy na
swoją relację z Moskwą. Ku zdumieniu
Rosjan, Waszyngton nadal łudzi się, że
będzie w stanie odwrócić Rosję i
wykorzystać ją do swojej gry z Chinami.
W efekcie Stany Zjednoczone nie są
bezstronnym mediatorem w konflikcie
Rosja-Ukraina, tylko faworyzują Moskwę i
są gotowe, by zmusić Kijów do przyjęcia
szeregu ustępstw na rzecz Rosji.
Władimir Putin jest zdeterminowany, aby
podporządkować sobie całą Ukrainę, gdyż
jest to dla niego sprawa ideologiczna.
Jednak nawet on rozumie, że rosyjska
armia i kompleks
przemysłowoz-zbrojeniowy potrzebują
chwili oddechu. To sprawia, że Putin
zaczyna rozważać podpisanie taktycznego
zawieszenia broni, które pozwoli Moskwie
na przegrupowanie sił przed kolejną
rundą rozprawy z Ukrainą.
W końcu na radzie z 27 stycznia 2028
roku Władimir Putin informuje swoich
współpracowników, że podjął ostateczną
decyzję. Po zajęciu Donbasu Rosja nie
będzie kontynuowała dalszych operacji
ofensywnych. Zamiast tego, gdy tylko
Słowiańsk padnie i Donbas zostanie w
całości wyzwolony, Moskwa wystąpi z
inicjatywą pokojową. Putin nazywa ten
plan operacją rubież.
Logika operacji rubież jest prosta.
Rosja potrzebuje przerwy w walkach.
Taktyczna pauza musi jednak wyglądać na
strategiczne zwycięstwo Rosji, dlatego
timing jest tutaj kluczowy. Inicjatywa
pokojowa musi wyjść z Moskwy, a nie z
Waszyngtonu czy Kijowa. A ponadto musi
to nastąpić przy okazji jakiegoś
większego sukcesu Rosji na froncie.
Putin wydaje zatem dyrektywę. Słowiańsk
musi za wszelką cenę zostać zdobyty
przed 10 maja 2028 roku, tak aby na
uroczystych obchodach Dnia Zwycięstwa
Putin mógł wystąpić z inicjatywą
pokojową. Jednocześnie Putin instruuje
na Ryszkina i Bortnikowa, aby podległe
im służby wzmocniły działania
dezinformacyjne, podsycając napięcia
między administracją Trumpa a Europą i
Ukrainą, oraz żeby wzmocniły narrację o
katastrofalnej sytuacji militarnej.
Ukrainy.
Przez kolejne cztery miesiące toczą się
zażarte walki o Słowiańsk. Ukraińcy
przeprowadzają kilka lokalnych
kontrataków, jednak nie są w stanie
wypchnąć Rosjan z miasta. Wreszcie 5
maja na Kreml dociera wiadomość.
Słowiańsk nasz. 10 maja w Moskwie
odbywają się uroczyste obchody Dnia
Zwycięstwa, a ich główną osią narracyjną
jest właśnie zajęcie Słowiańska. Gdy
Putin wychodzi w końcu na mówicę,
deklaruje: "Zdobycie Słowiańska oznacza,
że cały Donbas został już wyzwolony.
Cele specjalnej operacji wojskowej
zostały osiągnięte. Mimo trudów i znojów
naród rosyjski po raz kolejny odniósł
zwycięstwo." Następnie Putin dodaje:
"Federacja Rosyjska jest gotowa do
natychmiastowego zawieszenia broni i
rozpoczęcia negocjacji pokojowych w
oparciu o nową rzeczywistość
geopolityczną.
W kilka minut później Donald Trump
publikuje wpis w serwisie True Social.
Great Russian leader Wladimir Putin want
peace. Let's make a deal. Już w kilka
godzin później specjalny wysłannik
prezydenta Steve Witkof jest na
pokładzie samolotu do Moskwy. W
kolejnych tygodniach Witkof jest tam
częstym gościem, ustalając z Rosjanami
szczegóły przyszłego porozumienia
pokojowego. Tymczasem Kijów nie wie jak
odpowiedzieć na propozycję Putina.
Wołodymierłeński, który rządzi Ukrainą
już od blisko 10 lat, obawia się, że to
kolejny podstęp Kremla. Część krajów
europejskich, zwłaszcza Europy
środkowo-wschodniej, namawia Zełeńskiego
do kontynuowania walki. Finalnie jednak,
biorąc pod uwagę zmęczenie ukraińskiego
społeczeństwa wojną oraz naciski
Waszyngtonu, Zełeński zgadza się na
dołączenie do rozmów pokojowych. Na jego
decyzję duży wpływ ma trwająca w Stanach
kampania wyborcza. Według sondaży
faworytem jest kandydat partii
republikańskiej Jay Vans, który
dysponuje kilkoma punktami procentowymi
przewagi nad kandydatem demokratów
Gavinem Newsomem. Biorąc pod uwagę
nastawienie JD Vansa do Europy Kijów
obawia się, że rozmowy z nową
administracją mogą być dużo trudniejsze
niż nawet te z ekipą Donalda Trumpa.
W ten sposób po miesiącach negocjacji 10
października 2028 roku w Waszyngtonie
pod egidą organizacji Board of Peace
odbywa się rosyjsko-ukraiński szczyt
pokojowy. Osobiście obecni są zarówno
Władimir Putin, jak i Wołodymier
Załeński.
Szczyt kończy się podpisaniem
zawieszenia broni. Pod kontrolą Rosji
pozostają wszystkie tereny, które była
ona w stanie zająć do tej pory, a zatem
Krym, Donbas, część Hersońszczyzny i
Zaporoża. Wzdłuż linii kontaktu
stworzona zostaje głęboka na 50 km
strefa zdemilitaryzowana.
Kolejna strefa zdemilitaryzowana zostaje
utworzona wzdłuż przedwojennej granicy
Harków, Czernichów również na głębokość
50 km. Jednocześnie na Ukrainę nałożone
zostają ograniczenia co do ilości
żołnierzy i sprzętu. Zawieszenie broni
nie przesądza o kwestii ewentualnego
członkostwa Ukrainy w NATO i Unii. Te
sprawy podobnie jak przyszłość terenów
okupowanych mają zostać uregulowane w
finalnym porozumieniu pokojowym, które
ma zostać podpisane w bliżej
nieokreślonej przyszłości.
To ciężkie warunki dla Kijowa, ale jego
pozycja negocjacyjna jest słaba.
Europejski przemysł zbrojeniowy nadal
nie jest w stanie samodzielnie
zaopatrywać Ukrainy. Ponadto kolejne
pakiety unijnej pomocy finansowej dla
Kijowa napotkają na coraz większy
sprzeciw niektórych krajów członkowskich
Unii, które nie chcą dłużej pomagać
Ukrainie.
Mijają kolejne lata. Ukraina ma duży
problem, żeby odnaleźć się w powojennej
rzeczywistości. Otwarcie granic
doprowadza do kolejnego eksodusu
ludności na zachód. Jednocześnie
demobilizacja tysięcy byłych żołnierzy
połączona z problemami gospodarczymi
kraju prowadzi do wzrostu
przestępczości, osłabianie władzy
centralnej i ostrych napięć społecznych.
Choć europejscy inwestorzy pojawiają się
na Ukrainie i pomagają w odbudowie
kraju, to cały proces odbudowy jest
bardzo powolny i pozostawia wiele do
życzenia.
Ukraina pozostaje poza rosyjską strefą
wpływów, lecz brak członkowstwa w
zachodnich strukturach
polityczno-wojskowych sprawia, że nad
krajem cały czas wisi widmo rosyjskiego
zagrożenia. Kremel nadal wierzy, że w
perspektywie długoterminowej będzie w
stanie podporządkować sobie całą
Ukrainę. Choć po 2028 roku skupia się
przede wszystkim na działaniach
propagandowych, próbując zbudować na
Ukrainie prorosyjskie zaplecze
polityczne oparte o narrację o tym, jak
Zachód zdradził Ukrainę.
Hej, tu Hubert. Wybaczcie ten
przerywnik. Szybka informacja z mojej
strony. Po raz pierwszy od powołania
kanału stworzyliśmy i wypuściliśmy
niedawno kilka własnych produktów. Trzy
koszulki, dwie bluzy i kubek. Jeśli ktoś
ma ochotę nabyć sobie taką rzecz i w ten
sposób wesprzeć nasz projekt, zapraszam
na sklep gtbt.com.
Będzie nam bardzo miło. A teraz wróćmy
do odcinka. A Europa? Kraje Unii
Europejskiej są podzielone wobec kwestii
ukraińskiej. Państwa takie jak Polska
czy Rumunia chcą wykorzystać Ukrainę
jako bufor przeciwko Rosji i dlatego
postulują dalsze transfery pieniędzy i
sprzętu wojskowego na Ukrainę. Nie jest
to jednak stanowisko podzielane przez
wszystkich członków Unii. Dla krajów
Europy Zachodniej priorytetem nie jest
Ukraina, lecz coraz większe napięcia w
relacjach z Ameryką, które rosną wręcz
wykładniczo po tym jak w 2029 roku J.
Diva zostaje zaprzysiężony na 48
prezydenta Stanów Zjednoczonych.
W kolejnych latach relacje
transatlantyckie de facto się rozpadają,
a część europejskich stolic, zwłaszcza
tych zachodnich, proponuje reset relacji
z Moskwą, dochodząc do wniosku, że
Europa jest zdana na taką czy inną formę
współpracy z Rosją. W Niemczech do głosu
dochodzi AfD, które dostrzegając
niekonkurencyjność niemieckiego
przemysłu domaga się przywrócenia
importu rosyjskiego gazu, włączając w to
reaktywację gazociągów Nordstream. To
prowadzi do jeszcze większych napędź w
Unii i NATO oraz powstania nieformalnych
bloków sojuszniczych w obrębie obu tych
organizacji zależności od podejścia
poszczególnych krajów do Rosji, USA i
Chin. Kraje takie jak Polska, Litwa,
Łotwa, Estonia, Szwecja, Finlandia,
Dania, Norwegia oraz Rumunia zaciśniają
współpracę w ramach tak zwanego paktu
bałtyckiego, którego celem jest
współpraca w zakresie bezpieczeństwa
nakierowana na zatrzymanie dalszej
rosyjskiej ekspansji na zachód. Luźno
związana z paktem bałtyckim pozostaje
Wielka Brytania, która nadal kontynuuje
format Joint Expeditionary Force i
utrzymuje siły zbrojne w krajach
bałtyckich.
Do paktu zaproszona zostaje również
Francja. Jednak Paryż prowadzi swoją
własną grę. Francuzi proponują koncepcję
europejskiej autonomii strategicznej,
która zakłada prowadzenie polityki
równego dystansu względem USA, Rosji i
Chin. Paryż co prawda deklaruje gotowość
objęcia Europy środkowo-wschodniej
francuskim parasolem nuklearnym, jednak
te propozycje nigdy się nie
materializują i są używane przez
Francuzów wyłącznie jako narzędzie do
prowadzenia bieżącej polityki na
kontynencie.
W efekcie w kwestii Rosji Paryżowi jest
bliżej do stanowiska Berlina niż
Warszawy czy Londynu.
Po zawarciu zawieszenia broni Rosja
przeprowadza tylko częściową
demobilizację i nadal utrzymuje
gospodarkę na wojennej stopie.
Absolutnym priorytetem jest szybka
odbudowa potencjału wojskowego Rosji.
Zachodnie wywiady zakładają, że zajmie
to co najmniej 5 lat, a być może jeszcze
dłużej, nawet 10.
Prezydentem Rosji nadal jest Władimir
Putin. W 2029 roku ma już 77 lat. Nikt
nie zagraża jego pozycji, a państwowa
propaganda przedstawia go jako nowe
wcielenie Aleksandra Newskiego, który
tak jak Newski zbiera ruskie ziemie,
które odłączyły się od Moskwy po upadku
ZSRR.
Moskwa umacnia swoją pozycję na
Białorusi. Kreml jest niezadowolony z
postawy Aleksandra Łukaszenki podczas
wojny na Ukrainie i dlatego dąży do
jeszcze mocniejszego uzależnienia Mińska
od siebie. Rosyjskie służby przygotowują
grunt pod aneksję Białorusi po śmierci
Łukaszenki.
Zakończenie walk na Ukrainie otwiera
nowy etap relacji
amerykańsko-rosyjskich, które ulegają
znacznej poprawie. Amerykańskie sankcje
są stopniowo znoszone, a oba kraje
nawiązują współpracę gospodarczą w
zakresie przemysłu i wydobycia surowców
energetycznych. Pojawiają się nawet
spekulacje, że za pośrednictwem spółek
fasadowych amerykański kapitał inwestuje
na terenach okupowanej Ukrainy. Choć
Waszyngton oficjalnie temu zaprzecza,
Amerykanie nadal próbują przeprowadzić
manewr odwróconego Niksona i obrócić
Rosję przeciwko Chinom. Stosunki
rosyjsko-chińskie faktycznie ulegają
pewnemu osłabieniu. Moskwa po zniesieniu
sankcji próbuje zmniejszyć swoją
zależność od Pekinu. Tempa nabiera
również rywalizacja rosyjsko-chińska o
wpływy w Azji środkowej. Choć Rosja nie
decyduje się ani na zerwanie z Chinami,
ani na alliance z USA, to napięcia
rosyjsko-chińskie są widoczne, a w
kremlowskich gabinetach dyskutuje się o
różnych scenariuszach na przyszłość.
Chiny nie traktują Rosji jako
zagrożenia, a scenariusz odwrócenia
Rosji uważają za nierealny. Tym
bardziej, że następuje częściowe
odprężenie w stosunkach
amerykańsko-chińskich. Sprzyjają temu
dwa powody. Pekin nie eskaluje konfliktu
o Tajwan, a Amerykanie we współpracy z
TSMC rozwijają własny sektor
półprzewodników na zachodnim wybrzeżu
USA. Pekin próbuje przekonać Waszyngton,
że uzna dominację USA nad zachodnią
półkulą, jeśli USA zgodzą się na
pokojowe wchłonięcie Tajwanu przez
Chiny. JD Vans jest jednak sceptyczny
wobec tego pomysłu. Choć cały czas trwa
rywalizacja gospodarcza z Chinami, to
wojna z Chinami wydaje się być nadal
odległą perspektywą.
W styczniu 2034
roku na Kremlu odbywa się spotkanie w
tym samym składzie co 6 lat temu, gdy
Władimir Putin ogłaszał swoim
współpracownikom chęć zakończenia walk
na Ukrainie. Przy stole znowu siedzą
Gierasimow, Bieusow, Naryszkin i
Bortnikow. Celem jest omówienie sytuacji
strategicznej w Europie. Pierwszym
punktem rozmów jest Ukraina. Zdaniem
Putina i jego przybocznych wznowienie
działań zbrojnych przeciwko Ukrainie nie
jest konieczne. Kijów jest gospodarczo
wyniszczony, demograficznie wykrwawiony
i politycznie niestabilny. Brak
członkostwa Ukrainy w Unii i NATO
sprawia, że rosyjskie służby są w stanie
manipulować ukraińską opinią publiczną,
tworząc narrację o zdradzie Zachodu i
budując prorosyjskie zaplecze
polityczne, które skupione jest wokół
partii MR, która według sondaży ma
szansę na zostanie drugą największą
partią w parlamencie. Kreml uważa, że
samo to neutralizuje tak zwany problem
ukraiński i daje nadzieję na polityczne
podporządkowanie sobie Kijowa w dłuższej
perspektywie.
Mimo ograniczonego sukcesu jaki
przyniosła wojna na Ukrainie, Rosja
nadal zamierza do realizacji swoich
szerszych regionalnych ambicji i żądań,
które przedstawiła Ameryce w 2021 roku,
jeszcze przed rozpoczęciem wojny.
Oznacza to dążenie do włączenia do
rosyjskiej strefy wpływów całego obszaru
postradzieckiego.
Rosja nie uważa już na to za główne
zagrożenie. Sojusz północnoatlantycki
znajduje się bowiem w stanie
wewnętrznego rozkładu. W ciągu ostatnich
lat Amerykanie zmniejszyli swoją
obecność wojskową w Europie,
pozostawiając jedynie szkieletowe
jednostki w ramach starego NATO oraz w
Polsce i Rumunii. Te dwa kraje obierają
bowiem proamerykański kierunek w
polityce zagranicznej, kupując na dużą
skalę amerykańskie uzbrojenie,
krytykując pomysły dalszej integracji w
obrębie Unii Europejskiej oraz
utrzymując bliskie personalne relacje z
prezydentem Jadem Vansem.
Z perspektywy Rosji głównym zagrożeniem
w roku 2034
nie jest NATO, lecz tak zwany pakt
bałtycki, który tworzą kraje o silnych
nastrojach antyrosyjskich. Choć
pojedynkę kraje te być może nie są aż
tak groźne, to wspólnie dysponują na
tyle dużym potencjałem gospodarczym i
wojskowym, że blokują Rosji drogę do
dalszej realizacji swoich żądań z 2021
roku. Szczególnie niebezpieczny z
perspektywy Rosji jest fakt, że mimo iż
samo NATO pogrążone jest w głębokim
kryzysie, to kraje paktu bałtyckiego
stale zwiększają swoją współpracę
polityczną, gospodarczą i wojskową. W
2034 roku łączne PKB, PPP krajów paktu
bałtyckiego przekracza to rosyjskie.
Prowadzona jest zakrojona na szeroką
skalę fortyfikacja granic paktu z Rosją,
a jednocześnie postępuje rozbudowa i
modernizacja sił zbrojnych
poszczególnych członków paktu. Rosyjski
wywiad ocenia, że jeśli miałoby dojść do
konfrontacji zbrojnej z paktem
bałtyckim, to musi ona nastąpić, zanim
wszystkie programy zbrojeniowe paktu
zostaną zrealizowane, bo wówczas koszty
agresji mogą okazać się zbyt wysokie, a
wynik wojny zbyt niepewny. Ten horyzont
czasowy, który wyznacza granice
rosyjskiej przewagi, wywiad nazywa oknem
Jegorowa na cześć jednego z pierwszych
marszałków ZSRR.
Putin, który w tym momencie ma już 82
lata, ogłasza zebranym, że Rosja powinna
wykorzystać korzystne dla siebie warunki
międzynarodowe, aby rozprawić się z
rosnącym w siłę paktem bałtyckim. Putin
mówi: "Nie możemy pozwolić, aby benkarty
układu warszawskiego stworzyły nam tutaj
nowe NATO. Od bramy smoleńskiej po linię
Wisły rozciąga się rosyjska strefa
wpływów. Putin wydaje dyrektywę
rosyjskim siłom zbrojnym, aby zaczęły
przygotowywać plan inwazji na kraje
paktu bałtyckiego. Rosyjskie
przygotowania do wojny mają maskować
ćwiczenia Zapad 34, które zaplanowano na
wrzesień 34 roku.
Pakt bałtycki wydaje się dość naturalną
konsekwencją obecnego układu sił w
Europie centralno-wschodniej. Tak o
inicjatywie tu nazwaną Między Morzem
Plus w książce Wojna, której nie chcemy
piszą Bartłomiej Wypartowisz oraz
Wojciech Kozioł. Cytat: "Waga Europy
środkowo-wschodniej i Europy Północnej
wzrosła i to my musimy się do tego
dostosować. Wydaje się, że spoiwem całej
układanki staje się Polska. Państwo
polskie nie jest mocarstwem, ale silnym
państwem średnim, które przy
sprzyjających warunkach jest w stanie
realizować swoje interesy wykorzystując
formaty regionalne. Taką właśnie formą
mogłoby, a nawet powinno być Między
Morze Plus. U nas nazwane paktem
bałtyckim. Wydaną przez prześwity
książkę wypartowicza i kozioła, która w
detalu zastanawia się nad wieloma
składowymi naszej gry wojennej,
nabędziesz z 35% rabatem przez link w
opisie. Teraz kontynuujmy nasz
scenariusz. Przez
długie miesiące rosyjscy sztabiści
przygotowują plany wojny z paktem,
natrafiając przy tym na szereg
problemów, które obrazują jak sytuacja w
regionie Bałtyku zmieniła się od 2022
roku. Przed rozpoczęciem wojny na
Ukrainie kraje bałtyckie były wskazywane
przez analityków jako obszar, który był
najbardziej narażony na groźbę
rosyjskiej agresji. Jednak teraz wejście
Szwecji i Finlandii w struktury paktu,
zbrojenia krajów bałtyckich i Polski
utrudniają realizację rosyjskich
ambicji.
Każdy z członków paktu bałtyckiego wnosi
do sojuszu unikalne zdolności. Finlandia
i Szwecja dysponują znaczącymi siłami
morskimi i powietrznymi. To pozwala im
szachować rosyjską flotę bałtycką oraz
wspierać z powietrza siły lądowe Litwy,
Łotwy i Estonii już od pierwszych godzin
walki.
Kraje bałtyckie mogą również liczyć na
stale rozbudowywane i modernizowane
wojsko polskie. W 2034
roku polska armia liczy już blisko 300
000 żołnierzy i składa się z sześciu
dywizji.
Możliwości działania Rosji ogranicza
również budowana przez Litwę, Łotwę i
Estonię tak zwana bałtycka linia
obronna, czyli umocnienia budowane na
wszystkich potencjalnych kierunkach, z
których Rosja mogłaby przeprowadzić
atak. Szczególnie mocno fortyfikowane są
obie ściany korytarza suwalskiego,
obszar Narwy, Woru, Rzeżycy oraz
Dyneburga. Finalnie rosyjscy sztabiści
opracowują kilka wariantów operacyjnych,
zaczynając od pełnoskalowej inwazji
przez operacje wojskowe o ograniczonej
skali po skomplikowane operacje
hybrydowe.
Wariant pierwszy. Lodołamacz.
Ten wariant zakłada pełnoskalową
inwazję. Potencjalne kierunki, na
których może uderzyć Rosja, są trzy.
Atak na kraje bałtyckie, atak na
Finlandię oraz atak na Polskę. Pomysły
ataku na Finlandię i Polskę zostają
jednak szybko odrzucone. Rosja szuka
bowiem szybkiego zwycięstwa związanego z
jak najmniejszymi kosztami
polityczno-wojskowymi. Tymczasem na
terenie Polski stacjonują siły USA, a
polska armia rozbudowana do 300 000
żołnierzy stanowi istotną przeszkodę w
szybkim zajęciu Warszawy. Podobnie
sprawa wygląda z Finlandią, która choć w
czasie pokoju dysponuje zaledwie 30 000
żołnierzy, to dzięki świetnie
rozbudowanemu systemu rezerw na stopie
wojennej może wystawić również blisko
300 000 armię. Rosyjscy sztabiści
finalnie dochodzą do wniosku, że mimo
obiektywnych trudności, które pojawiły
się w tak zwanej pribałtyce, Litwa,
Łotwa i Estonia ze względu na swój brak
głębi operacyjnej pozostają najbardziej
dogodnymi celami rosyjskiej
pełnoskalowej agresji. Celem wariantu
lodołamacz jest zajęcie wszystkich
trzech nadbałtyckich stolic: Wilna, Rygi
oraz Stalina. W ten sposób Rosja chce
nie tylko rozciągnąć swoje władztwo nad
tak zwaną Pribautyką, ale również
doprowadzić do rozpadu paktu
bałtyckiego, pokazując, że blok ten nie
ma szans w starciu z Rosją. Gry wojenne,
które prowadzone były przed 2022 rokiem
zakładały, że Rosja będzie w stanie
opanować co najmniej jedną z
nadbałtyckich stolic w ciągu zaledwie 60
godzin. Realizacja takich planów w 2034
roku jest już jednak mało prawdopodobna.
Tempo natarcia rosyjskich wojsk
spowalniać będą bowiem fortyfikacje
tworzące bałtycką linię obronną. W
skrajnych przypadkach może dojść nawet
do zablokowania natarcia poszczególnych
rosyjskich oddziałów. W efekcie rosyjski
sztab generalny szacuje, że potrzebuje
nie 60 godzin, ale co najmniej aż
siedmiu dni na samo dotarcie do którejś
z nadbałtyckich stolic. Do tego dochodzi
jeszcze kwestia walk miejskich w
sytuacji, gdyby przeciwnik próbował
przekształcić stolicę w miastotwierdzę i
czekać na odsiecz ze strony sojuszników.
Brak możliwości szybkiego zwycięstwa
oznacza, że Rosja od pierwszego dnia
musi podjąć szereg agresywnych kroków
nie tylko wobec krajów bałtyckich, ale
również wobec ich sojuszników, głównie
przeciwko Polsce i Szwecji, tak aby
uniemożliwić im szybkie przyjście krajom
bałtyckim z pomocą.
W praktyce oznacza to, że do listy
rosyjskich celów dopisane zostają dwie
ambitne pozycje. Zamknięcie przesmyku
suwalskiego oraz zajęcie Gotlandii. Choć
wejście Szwecji i Finlandii do NATO, a
następnie do paktu bałtyckiego wzmocniło
obronę Litwy, Łotwy i Estonii, to jednak
nie rozwiązało problemu braku głębi
strategicznej tych krajów oraz
ograniczonych możliwości zaopatrywania
ich. Mimo dominacji wojsk paktu
bałtyckiego na morzu, infrastruktura
portowa, Litwy, Łotwy i Estonii może
zostać łatwo uszkodzona, uniemożliwiając
przerzut wsparcia drogą morską.
Najwygodniejszym połączeniem do
przerzutu wsparcia nadal pozostaje
lądowy przesmyk suwalski. Jednocześnie
jest to połączenie szczególnie
niebezpieczne, narażone na rosyjskie
uderzenie zarówno z obwodu królewkiego,
jak i z Białorusi. W momencie wybuchu
wojny Rosjanie będą dążyli do tego, aby
za wszelką cenę przeciąć przesmyk
suwalski, tak aby uniemożliwić wojsku
polskiemu przyjście na pomoc Litwie.
Choć w najwęższym punkcie przesły
suwalski ma zaledwie 65 km, to jego
przecięcie przez Rosjan wcale nie jest
łatwą operacją. Pomijając już kwestię
bałtyckiej linii obronnej, która
wznoszona jest po obu stronach
przesmyku, to Rosja nie posiada dobrych
pozycji wyjściowych do ataku na tym
obszarze. Główna oś transportowa
Przesmyku Suwalskiego to oś północ
południe, a nie zachód wschód. W teorii
najłatwiejszym sposobem na blokadę
przesmyku jest zajęcie miasta Suwałki po
polskiej stronie granicy. Uderzenie na
Suwałki to jednak logistyczny koszmar.
Zarówno rosyjskie ugrupowania z
Królewca, jak i Białorusi musiałyby
bowiem przebijać się przez lasy i bagna.
Ponadto Suwałki to również duże ryzyko
polityczne. Należy pamiętać, że mimo
rosnącego izolacjonizmu USA amerykańscy
żołnierze nadal stacjonują na terenie
Polski.
Łatwiej jest przeprowadzić uderzenie po
litewskiej stronie granicy. Tutaj
również występuje gęsto zalesiony teren,
ale tylko od strony Białorusi. Od
zachodu znajduje się otwarty teren i
dobre połączenie drogowe królewiec
Mariampol. Tyle że do pełnego zamknięcia
przesmyku suwalskiego po litewskiej
stronie granicy nie wystarczy samo
zajęcie Maripola. Rosjanie musieliby
zdobyć także olitę, którą od strony
Białorusi osłania Niemen i gęste lasy. W
efekcie pełna blokada przesmyku
suwalskiego wydaje się niewykonalna w
ciągu pierwszych 72 godzin walk. Mimo to
nawet częściowe zamknięcie Przesmyku, a
nawet ustanowienie rosyjskiej kontroli
ogniowej nad przesmykiem to duży problem
dla wojska polskiego. Polskie kolumny
idące na Litwę będą bowiem narażone na
rosyjski ostrzał, a część jednostek
wojska polskiego będzie trzeba delegować
do obrony przesmyku przed uderzeniem z
Królewca i Białorusi.
Całkowita lub częściowa blokada
przesmyku byłaby niebezpieczna dla paktu
bałtyckiego, zwłaszcza w pesymistycznym
scenariuszu, w którym Rosjanom udałoby
się szybko przełamać obronę Litwy, Łotwy
i Estonii oraz szybko podejść pod którąś
z nadbałtyckich stolic. Wojsko polskie,
które powinno w takiej sytuacji przyjść
obleżonej stolicy z pomocą, byłoby
wiązane walką na wysokości przesmyku.
Warto pamiętać, że Warszawa jednak
również posiada możliwość eskalacji. W
2034 roku Polska dysponuje bardzo
rozbudowanymi siłami rakietowymi
wyposażonymi w wyrzutnie HMARS i Chunmo
oraz chałbice samobieżne K9 i krab. To
daje Polsce unikalne zdolności do
uderzeń na głębokie zaplecze rosyjskiego
frontu, tak na terenie obwodu
królewieckiego, jak i Białorusi.
Możliwość przeniesienia wojny na
terytorium przeciwnika powinna przynieść
dużo lepsze rezultaty dla obrony
przesmyku. niż ograniczenie działań
zbrojnych wyłącznie do terytorium Litwy.
Przynajmniej w teorii, bo Polska w 2034
roku nadal nie dysponuje jasnymi
dyrektywami strategicznymi na wypadek
wojny z Moskwą, a część środowiska
politycznego twierdzi, że atak na obwód
królewiecki lub Białoruś doprowadziłby
do użycia broni jądrowej przez Moskwę. W
sytuacji pełnoskalowej inwazji na kraje
bałtyckie kluczowe znaczenie będzie miał
nie tylko przesmyk suwalski, ale również
Gotlandia. Szwedzka wyspa położona na
środku Morza Bałtyckiego. Gdyby Rosjanie
byli w stanie opanować Gotlandię,
mogliby rozmieścić na niej systemy
antydostępowe, utrudniając operacje
morskopowietrzne paktowi bałtyskiemu. W
ten sposób Bałtyk przestałby być
wewnętrznym jeziorem sił sojuszniczych.
Rosyjscy sztabiści poświęcają dużo uwagi
Gotlandii. Jednak nie tylko oni zdają
sobie sprawę ze strategicznego znaczenia
wyspy. Jeszcze przed wybuchem wojny na
Ukrainie Szwecja zaczęła wzmacniać
lokalny garnizon, między innymi
reaktywując pułk gotlandzki wyposażony w
czołgi Leopard 2 i wozy bojowe CV90. Od
tamtej pory szwedzka obecność na wyspie
stale rośnie. W 2034 roku lokalny
garnizon liczy blisko 4000 żołnierzy, a
na wyspie rozmieszczone są systemy
obrony powietrznej Patriot oraz Iris.
Przyjmując nawet optymistyczne dla
Rosjan założenie, że rosyjskie siły
byłyby w stanie przeniknąć na Gotlandię,
to pełne przejęcie kontroli nad wyspą
wydaje się bardzo mało prawdopodobne,
jeśli w ogóle możliwe.
Mimo to atak na Gotlandię, tak jak
uderzenie na przesmyk suwalski jest
koniecznością operacyjną. Rosjanie
potrzebują bowiem związać Polskę i
Szwecję walką, tak aby zapewnić sobie
jak najwięcej czasu do rozprawy z Litwą,
Łotwą i Estonią.
Rosyjskie uderzenie na kraje bałtyckie
będzie z pewnością wielowymiarowe,
podobnie jak atak na Ukrainę.
Główne osie rosyjskiego uderzenia będą
prawdopodobnie przebiegały wzdłuż
kluczowych szlaków drogowych. I tak
można wyobrazić sobie, że atak na Litwę
wyjdzie z dwóch kierunków. Z obwodu
królewieckiego przeprowadzone zostanie
uderzenie na Mariampol. A z Białorusii
Lida Oszmiana na Wilno. Uderzenie na
Łotwę poprowadzone zostanie przez
Dyneburg i Rżycę, tak aby szybko dotrzeć
do Jekabils, a następnie do Rygii,
przecinając kraj na dwie części.
Uderzenie na Estonię nastąpi natomiast
przez Narwę i woru. Należy ponadto
zakładać, że chcąc wywołać większy chaos
w szeregach przeciwnika oraz zniwelować
znaczenie bałtyckiej linii obronnej,
Rosjanie przeprowadzą szereg odważnych
operacji desantowych z morza i
powietrza, próbując przejąć kontrolę nad
portami i lotniskami przeciwnika.
Jednocześnie agresji towarzyszyć będzie
szereg działań hybrydowych wymierzonych
w kluczową infrastrukturę. na przykład
podmorskie kable energetyczne i
telekomunikacyjne znajdujące się na dnie
Bałtyku. Dodatkowo w ramach działań
hybrydowych Rosjanie będą w stali
wykorzystać ludność rosyjskojęzyczną
zamieszkującą kraje bałtyckie. Ludność
ta może być wykorzystana do rekrutacji
potencjalnych sabotażystów i
dywersantów. A ponadto Kremn może używać
argumentu ochrony ludności
rosyjskojęzycznej jako pretekstu i
uzasadnienia swojej agresji. Kluczowe
znaczenie dla powodzenia rosyjskiego
planu pełnoskalowej agresji będzie miało
przede wszystkim utrzymanie elementu
zaskoczenia. Rosja będzie chciała ukryć
swoje przygotowania do wojny pod osłoną
ćwiczeń Zapad 34. A zatem podobnie jak w
przypadku agresji na Ukrainę, gdy
również ćwiczenia zapadł, zostały
wykorzystane do ukrycia prawdziwych
zamiarów Kremla.
Koncentracja ludzi i sprzętu z pewnością
nie umknie uwadze krajów paktu
bałtyckiego. Otwartym pozostaje jednak
pytanie, czy wzmożona aktywność Rosjan
zostanie prawidłowo oceniona jako
przygotowania do wojny. Ta kwestia jest
kluczowa, bo jeśli Rosja straci element
zaskoczenia, spadną również rosyjskie
szanse na skuteczny podbój krajów
bałtyckich.
Pakt potrzebuje czasu na mobilizację
swoich zasobów wojskowych. Szczególnie
istotne jest to w przypadku Litwy, Łotwy
i Estonii, które dysponują bardzo
skromnymi siłami zbrojnymi i będą
potrzebowały mobilizacji rezerwistów,
aby w pełni obsadzić fortyfikację
bałtyckiej linii obronnej. Z perspektywy
paktu korzystne byłoby również
wzmocnienie obrony krajów bałtyckich
sojuszniczymi kontyngentami wojskowymi i
rozbudowa lokalnych zapasów uzbrojenia i
paliwa, tak aby jednostki dyslokowane na
terenie krajów bałtyckich mogły operować
nawet sytuacji odcięcia przesmyku
suwalskiego.
Wszystko rozbija się nie tylko o wczesne
zrozumienie intencji Rosjan, ale również
o wolę polityczną poszczególnych krajów
członkowskich pantu. Najbardziej
alarmistycznie do sprawy będą
podchodziły z pewnością Litwa, Łotwa i
Estonia. które nie będą potrzebowały
zbyt wielu argumentów, aby ogłosić
mobilizację. Inaczej sprawa może
wyglądać w Polsce, nie mówiąc już o
Finlandii czy Szwecji.
Kluczową rolę we wczesnym wykryciu
prawdziwych intencji Rosji mogą odegrać
Stany Zjednoczone, które dzięki
obrazowaniu satelitarnemu oraz siatce
agentów dobrze znały intencje Rosjan w
2022 roku. Należy zakładać, że w 2034
Amerykanie również szybko ustalą jaki
jest prawdziwy cel Kremla. Pytanie
jednak, czy Ameryka pod rządami J.
Devansa przekaże te informacje
Europejczykom. Biorąc pod uwagę, że
zakładamy, że amerykańska obecność
wojskowa na terenie Polski i Rumunii,
choć ograniczona, będzie trwała, to
należy zaułożyć, że ustalenia
amerykańskiego wywiadu zostaną
przekazane do Europy, a przynajmniej do
samej Warszawy. Przy scenariuszu
pełnoskalowej inwazji Rosji na kraje
bałtyckie przyjmijmy pozytywne dla
Kremla założenie, że NATO nie odegra
żadnej większej roli. Tak jak
wspomnieliśmy już wcześniej, scenariusz
zakłada, że w 2034 roku NATO jest
organizacją dysfunkcyjną, na której
ciężkie piętno odcisnął nie tylko spór
między USA a Europą, ale również
partykularne interesy poszczególnych
krajów europejskich. Dla przykładu
Niemcy rządzone przez AfD nie są skore
do jakiejkolwiek pomocy w obronie
wschodniej flanki, a pakt bałtycki
krytykują jako projekt agresywny i
prowokacyjny wobec Rosji. Mimo sporów w
obrębie NATO należy zakładać, że USA
utrzyma pewną, choć ograniczoną obecność
wojskową na starym kontynencie, w tym na
wschodniej flance. W naszym scenariuszu
zakładamy, że po kilkuset amerykańskich
żołnierzy będzie stacjonowało zarówno w
Polsce jak i w Rumunii. W przypadku
pełnoskalowej rosyjskiej agresji wojska
USA stacjonujące w Polsce będą odgrywały
zasadniczo dwie role. Z jednej strony
będą blokowały swobodę operacyjną
Rosjan. Moskwa będzie chciała utrzymać
Stany Zjednoczone poza wojną. Dlatego
najprawdopodobniej nie zdecyduje się na
wkroczenie w głąb polskiego terytorium.
Nawet scenariusz blokady przesmyku
suwalskiego realizowany będzie głównie
przez działania po litewskiej stronie
granicy. Wszystko po to, aby nie
sprowokować Amerykanów.
W podobny sposób amerykańska obecność
wojskowa może jednak blokować polską
swobodę operacyjną. Waszyngton może
bowiem naciskać na Warszawę, aby nie
ostrzeliwać terytorium obwodu
królewieckiego oraz Białorusii. USA mogą
bowiem uważać, że taki atak
doprowadziłby do użycia broni jądrowej
przez Rosję. Nieposłuchanie Waszyngtonu
może doprowadzić do całkowitego
wycofania amerykańskich wojsk z Polski.
Rosyjscy sztabiści prowadzą 100 iteracji
gry wojennej opartej o wariant
lodołamacz, czyli pełnoskalowej inwazji
na kraje bałtyckie. Wyniki okazały się
niezadowalające. W 75% przypadków
wariant lodołamacz prowadzi do
strategicznego niepowodzenia Rosji. Nie
oznacza to, że operacja jest
niewykonalna. Jednak warunki powodzenia
pełnoskalowej agresji są wyjątkowo
wąskie i wymagają zbieżności kilku
czynników jednocześnie.
Rosyjski sukces zależy przede wszystkim
od ukrycia prawdziwych intencji sił,
które będą gromadzone w obwodzie
królewieckim na Białorusi oraz wzdłuż
granic z Łotwą i Estonią. Brak
ogłoszenia chociaż częściowej
mobilizacji przez pakt bałtycki oraz
utrzymanie przez Rosjan elementu
zaskoczenia znacząco wzmacniają szansę
na sukces. Nawet jednak w takich
przypadkach rosyjscy sztabiści
natrafiają na istotne ograniczenia. Po
100 iteracjach wariantu lodołamacz
okazuje się bowiem, że o ile szanse na
dotarcie pod jedną z bałtyckich stolic w
ciągu pierwszych siedmiu dni wojny
wynoszą około 45% to już pełne zajęcie
Wilna, Rygi czy Talina w tym terminie
szacowane jest na zaledwie 20%.
Nawet zajęcie Wilna, które od granicy
dzieli niecałe 30 km okazywało się dużym
wyzwaniem. Stolica Litwy jest odsłonięta
od wschodu gęsto zalesionym terenem,
który wymuszał na rosyjskich kolumnach
poruszanie się jedyną dogodną drogą w
tym regionie, czyli Ośmiana Wilno,
stając się łatwym celem dla litewskich
obrońców. Dodatkowo rosyjskie możliwości
manewru i obejścia miasta ogranicza
rzeka Wilia, która przepływa przez
miasto oraz tereny leśne wokół Wilna.
Choć Wilno od granicy dzieli niecałe 30
km, to w rosyjskich symulacjach dotarcia
z Białorusi do miasta i zajęcie
dogodnych pozycji do szturmu zajmowało
przeciętnie między piątym a 9 dniem
wojny. Rosyjskie kolumny idące z
królewca, które mają do pokonania około
150 km, potrzebowały jeszcze więcej
czasu, a często zdarzało im się, że były
blokowane na wschód od Mariola, gdzie
musiały mierzyć się z oddziałami Wojska
Polskiego idącego na pomoc obrońcom
Wilna lub litewskimi redutami
działającymi w ramach bałtyckiej linii
obronnej. Gry wojenne dostarczyły
Rosjanom równie ważnych informacji w
zakresie walk na przesmyku suwaldzkim. W
większości scenariuszy Rosjanom udawało
się w ciągu pierwszych 72 godzin wojny
ustanowić kontrolę ogniową nad
Przesmykiem. Droga Suwałki, Mariampol
oraz Augustów Olita zostają zamienione w
drogi śmierci, zadając duże straty
polskim oddziałom próbującym przyjść na
pomoc Litwie. Fizyczne zamknięcie
Przesmyku przez rosyjskie siły lądowe
było jednak o wiele trudniejszym
zadaniem, które nie zawsze udawało się w
rosyjskich symulacjach. O ile rosyjskie
uderzenie z królewca było w stanie zająć
Mariampol, to uderzenie na przesmyk
suwalski z obszaru Białorusii,
najczęściej grzęzło w gęsto zalecionych
terenach wschodniej Litwy, dodatkowo
poprzecinanych przez rzekę Niemen.
Analizując potencjalne scenariusze walk,
Rosjanie natrafili również na inny
problem. polskie siły rakietowe. Jeśli
wojsko polskie przeprowadziłoby
zmasowany ostrzał rakietowy obwodu
królewieckiego i zachodniej Białorusi,
spadłyby nie tylko szanse na fizyczne
przecięcie przesmyku suwalskiego przez
Rosjan, ale również na utrzymanie
rosyjskiej kontroli ogniowej nad tym
obszarem. Postawa Warszawy stawała się
kluczowa dla powodzenia całego
rosyjskiego planu wojennego.
Z wszystkich celów operacyjnych wariantu
lodołamacz najbardziej jednorodne wyniki
generowała Gotlandia, której to próby
opanowania kończyły się w
przytłaczającej większości symulacji
rosyjską porażką. Silny szwedzki
garnizon na wyspie połączony z lokalną
przewagą w powietrzu i na morzu
sprawiał, że Rosjanie nie mogli liczyć
tutaj na element zaskoczenia. Każdy ruch
rosyjskich jednostek desantowych z
Bałtyjska był momentalnie wykrywany
przez siły paktu bałtyckiego. Nawet
jeśli Rosjanom udawało się wylądować na
wyspie, to ich linie zaopatrzeniowe
odcinane były przez szwedzkie okręty
podwodne, a rosyjski desant szybko
niszczony przez szwedzki garnizon.
Jedynym scenariuszem, w którym Rosjanie
odnosili jakikolwiek sukces na Gotlandii
były zmasowane uderzenia rakietowe na
instalacje wojskowe rozmieszczone na
wyspie połączone z desantem z morza i
powietrza, który wykorzystywałby statki
cywilne tak, aby maskować rosyjskie
przygotowania. Nawet jednak w takim
scenariuszu Rosjanie mieli duże problemy
z utrzymaniem chociaż części kontroli
nad wyspą.
Analizując kwestię Gotlandii, Rosjanie
doszli do wniosku, że ewentualny atak na
wyspę może co najwyżej wprowadzić chaos
w szwedzkich szeregach i odciąć uwagę
Sztokholmu od wydarzeń w krajach
bałtyckich, lecz nie zakończy się
trwałym opanowaniem wyspy przez siły
rosyjskie.
Finalnie wnioski płynące ze 100 iteracji
wariantu lodołamacz były dość
pesymistyczne. W większości przypadków
Rosjanie w trakcie pierwszych siedmiu
dni wojny nie byli w stanie opanować
żadnej z nadbałtyckich stolic. A
stopniowe wchodzenie do walki oddziałów
polskich, szwedzkich i fińskich
prowadziło do istotnego wyhamowania
rosyjskiego natarcia i przejścia do
wojny pozycyjnej. Rosjanie uznali, że
kluczowe dla sukcesu wariantu lodołamacz
jest rozpoczęcie wojny w sytuacji
pełnego zaskoczenia oraz bierna postawa
Warszawy. Szanse na zajęcie krajów
bałtyckich rosły wręcz wykładniczo w
scenariuszach, w których Polska
rezygnowała z przyjścia na pomoc Litwie,
Łotwie i Estonii.
Jak jednak zapewnić sobie bierność
Polski? Rosyjscy sztabiści wskazali na
kilka możliwości.
Pierwsza opcja zakłada wciągnięcie do
gry Waszyngtonu. Choć w 2034
Europa pogrążona jest w sporze z
Ameryką, to sama Warszawa otrzymuje dość
bliskie relacje z administracją JD
Vansa, a w Polsce stacjonuje kilkuset
amerykańskich żołnierzy. Ten
amerykańsko-polski sojusz będący filarem
polskiego bezpieczeństwa jest
jednocześnie potencjalnym narzędziem
nacisku w rękach Moskwy. Jeśli
Waszyngton uzna, że wejście Polski do
konfliktu bałtyckiego jest sprzeczne z
amerykańskimi interesami, bo grozi na
przykład rosyjskim uderzeniem nuklearnym
czy wciągnięciem w wojnę Stanów
Zjednoczonych, to administracja VANSA
może aktywnie powstrzymywać Warszawę
przed udzieleniem pomocy Litwie, Łotwie
i Estonii. Grunt pod taki scenariusz
może przygotowywać rosyjska dyplomacja i
wywiad, które w miesiącach
poprzedzających wojnę mogą przekonywać,
że rosnące napięcia między Rosją a
krajami bałtyckimi stanowią lokalny
spór, który nie dotyczy bezpośrednio ani
Polski, ani Stanów Zjednoczonych. A
jakikolwiek atak wojska polskiego na
obwód królewiecki lub Białoruś zostanie
przez Moskwę potraktowany jako kasus
Beli wymagający odpowiedzi nuklearnej.
Waszyngton, który w tym scenariuszu chce
za wszelką cenę uniknąć eskalacji z
Rosją, stałby się de facto głównym
gwarantem tego, że Polska pozostanie
bierna wobec rosyjskiego ataku.
Druga możliwość zapewnienia sobie
bierności Polski to operacja hybrydowa.
FSB i GRU od lat budują w Polsce sieć
agentów wpływu, sabotażystów i
prowokatorów. Wystarczy spojrzeć na
rosnącą liczbę wykrytych rosyjskich
operacji na polskim terytorium w latach
2022-2025
rosyjscy sztabiści rozważali możliwość
przeprowadzenia serii skoordynowanych
ataków na polską infrastrukturę
krytyczną. Elektrownie, węzły kolejowe,
magazyny paliwa tuż przed lub w
pierwszych godzinach uderzenia na kraje
bałtyckie. Celem nie byłoby trwałe
sparaliżowanie Polski, lecz wywołanie
chaosu decyzyjnego i zmuszenie rządu w
Warszawie do skupienia się na własnym
podwórku zamiast na Litwie. Operacja
taka miałaby jeszcze jeden efekt.
Mianowicie polska opinia publiczna
widząc ataki na własnym terytorium
mogłaby być mniej skłonna do popierania
rządu wysyłającego wojsko za granicę.
Wreszcie w rosyjskich planach przewija
się również tak zwana oferta
porozumienia suwalskiego, która może
stanowić samodzielną opcję lub
uzupełnienie wariantu hybrydowego.
Mianowicie w pierwszych godzinach
konfliktu Moskwa może przekazać
Warszawie ofertę dyplomatyczną, która
zostałaby ujawniona opinii publicznej.
Rosja nie atakuje terytorium Polski, nie
narusza przestyku suwalskiego po
polskiej stronie granicy oraz oferuje
traktat o wspólnym bezpieczeństwie. W
zamian za to Moskwa oczekuje, że
Warszawa zachowa neutralność względem
specjalnej rosyjskiej operacji wojskowej
prowadzonej na terenie krajów
bałtyckich. Brak naruszenia polskiego
terytorium stanowiłoby paliwo polityczne
dla oponentów polskiej interwencji, a
takich z pewnością nie brakowałoby w
polskim sejmie. Również Waszyngton
mógłby wykorzystać tę rosyjską ofertę do
wzmocnienia nacisków na Polskę, aby
pozostawała neutralna.
Rosyjskie próby zagwarantowania sobie
biernej postawy Polski
najprawdopodobniej jednak zakończą się
porażką, a Warszawa finalnie wejdzie do
wojny. Przez kilkaset lat swojej
historii Polska notorycznie musiała
mierzyć się z zagrożeniem płynącym z
Rosji. Narracja o możliwości
porozumienia z Moskwą zostanie zatem
odebrana najprawdopodobniej jak kolejna
próba rosyjskiego oszustwa. Niemniej
jednak kombinacja choćby dwóch lub
trzech z wymienionych narzędzi mogłaby
ograniczyć polską odpowiedź na przykład
poprzez brak ataków na Królewiec i
Białoruś lub w ogóle opóźnić polską
reakcję do tego stopnia, że pierwsze
fazy operacji lodołamacz stałyby się
możliwe do wykonania. Klucz do
zwycięstwa w wojnie bałtyckiej nie leży
bowiem wcale na polach Litwy, Łotwy czy
Estonii, lecz w polskim Sejmie i w
białym Domu. W tym przypadku zręczna
polityka może odnieść lepsze skutki niż
pancerne uderzenie.
Wariant drugi. Mgła. Pod wpływem
doświadczeń z wojny na Ukrainie oraz w
związku z niezadowalającymi rezultatami
symulacji wariantu lodołamacz, część
rosyjskich strategów przekonanych jest,
że Moskwa powinna zrezygnować z
pełnoskolowej wojny z paktem bałtyckim i
postawić na opcję hybrydową, która
przecież dobrze sprawdziła się czy to
przy aneksji Krymu, czy w Donbasie.
Wariantowi hybrydowego uderzenia na
kraje bałtyckie rosyjscy sztabiści
nadają kryptonim mgła. Wariant mgła
składa się z kilku etapów i progów
eskalacji, które będą realizowane w
zależności od rozwoju sytuacji.
Najniższy próg to szerzenie
dezinformacji, a najwyższy to pojawienie
się tak zwanych zielonych ludzików w
jednym z krajów bałtyckich.
Wariant mgła rozpoczyna zakrojona na
szeroką skalę rosyjska operacja
dezinformacyjna, która w każdym z krajów
paktu bałtyckiego przybiera nieco inne
formy, tak aby uwzględnić warunki
lokalne. W krajach skandynawskich nacisk
pada na kwestie budżetowe. Szwedzkie i
chińskie media społecznościowe zalewane
są materiałami pokazującymi
astronomiczne koszty utrzymania paktu,
zmanipulowanymi danymi i fałszywymi
kalkulacjami. Narracja jest prosta. To
nie nasza wojna. Niech Polacy i Bałtowie
sami zapewnią bezpieczeństwo swoim
krajom. W Polsce operacja ma inny smak.
Rosyjska dezinformacja pracuje tu na
dwóch frontach. Z jednej strony wzmacnia
narracje eurosceptyczne i prorosyjskie
wskazując na potencjalne korzyści
normalizacji relacji z Rosją. Na co
przecież zdecydowały się kraje Zachodu
takie jak Francja, Niemcy czy USA. Z
drugiej strony Moskwa próbuje osłabić
relacje polsko-litewskie w oparciu o
historyczne resentymenty wokół
Wileńszczyzny i praw Polaków na Litwie.
W krajach bałtyckich kampania
dezinformacyjna wygląda jeszcze inaczej.
Tutaj chodzi głównie o rosyjską
mniejszość. Społeczności
rosyjskojęzyczne, szczególnie w Estonii
i na Łotwie, stają się obiektem
intensywnej operacji wpływu. Rosyjskie
media działające przez nieformalne
kanały budują narrację o systemowej
dyskryminacji i zagrożeniu kulturowym.
Jednocześnie FSB rekrutuje agentów wśród
lokalnych działaczy, organizując
pozornie spontaniczne protesty i
incydenty. Cel jest jeden. Sprawić, aby
kraje bałtyckie musiały zajmować się
wewnętrznymi napięciami, a nie
przygotowaniami do obrony. Gdy operacja
dezinformacyjna zbierze plony, podziały
staną się widoczne, a rosyjska narracja
trafi do debaty społecznej. Moskwa
sięgnie po kolejne narzędzie: sabotaż
infrastruktury krytycznej.
Statki operujące pod fałszywymi
banderami będą systematycznie uszkadzać
podmorskie kable telekomunikacyjne i
energetyczne na dnie Bałtyku. Równolegle
trwać będą cyberataki na infrastrukturę
rządową i wojskową krajów PKT. Wszystkie
te działania będą prowadzone pod progiem
wojny, a przypisanie Rosjanom
odpowiedzialności za te akty będzie
trudne. Stopniowo Rosjanie będą wybierać
do ataku coraz ważniejsze cele.
Wysadzane będą kluczowe mosty i węzły
kolejowe na trasach przerzutowych z
Polski do krajów bałtyckich. Do
eksplozji będzie dochodziło w portach w
Kippedzie, Rydze czy Talinie. Wreszcie
po takim przygotowaniu gruntu Rosjanie
mogą zdecydować się na wykorzystanie
najwyższego progu eskalacji w obrębie
wariantu mgła, czyli zielone ludziki.
Podobnie jak na Krymie czy w Donbasie,
Rosja może wykorzystać obecność
mniejszości rosyjskiej w krajach
bałtyckich jako pretekst do takiej
operacji. Najlepszym miejscem do
wprowadzenia zielonych ludzików do akcji
jest Narwa w Estonii lub Dyneburg na
Łąwie. W pierwszy mieście aż 95%
mieszkańców to Rosjanie lub osoby
rosyjskojęzyczne. W Dneburgu ten odsetek
wynosi około 55%. Na taki atak
szczególnie narażona jest narwa, która
położona jest bezpośrednio przy granicy
z Rosją.
Rosyjskie służby działając przez sieć
agentów FSB i werbując lokalną ludność
mogą zręcznie zainscenizować w nerwie
scenariusz krymski. Początkiem może być
na przykład sprawa pobicia
rosyjskojęzycznych aktywistów. Ataki na
lokalne jednostki policji, demonstracje
i zamieszki uliczne. Materiały z takich
wydarzeń byłyby skrupulatnie nagrywane i
kolportowane przez rosyjskie media i
dyplomację. Towarzyszyłaby im narracja o
prześladowaniu mniejszości rosyjskiej w
Estonii i bierności świata wobec tych
cierpień. Wydarzenia te byłyby
pretekstem do ogłoszenia powstania tak
zwanej narewskiej Republiki Ludowej,
której władze zwróciłyby się do Moskwy z
prośbą o protekcję. To wystarczyłoby
Władimirowi Putinowi jako pretekst do
ogłoszenia interwencji zbrojnej. W ciągu
kilku godzin rosyjskie wojska
przekroczyłyby granicę i wkroczyły do
Narwy. Działania te wspierane byłyby
przez rosyjskie grupy dywersyjno
sabotażowe, które Moskwa w tygodniach
poprzedzających kryzys wysłałaby do
Narwy. Cel rosyjskich działań w Estonii
byłby ograniczony. Rosjanie nie byliby
zainteresowani zajęciem całej Estonii, a
jedynie samej Narwy. Po przejęciu
kontroli nad miastem ogłosiliby
rozciągnięcie nad nim rosyjskiego
parasola nuklearnego i zażądali
natychmiastowych negocjacji w sprawie
ochrony rosyjskiej mniejszości w
pozostałych krajach bałtyckich.
Wariant mogła jest być może
najtrudniejszym możliwym scenariuszem z
perspektywy paktu bałtyckiego. Rosyjskie
działania prowadzone są bowiem w szarej
strefie i będą inaczej interpretowane
przez każdy z krajów paktu. Łotwa nawet
jeśli uzna, że nie jest to jeszcze
formalna wojna, to i tak będzie żądała
od sojuszników rozpoczęcia operacji
antyterrorystycznej i pozbycia się
rosyjskiej armii z nwy siłą. Inne kraje
paktu mogą jednak tę sprawę bardziej
niuansować i szukać dyplomatycznego
wyjścia z tej sytuacji. Choć wariant
mgła wydaje się bardziej korzystny dla
Rosji, to związany jest z nim szereg
zagrożeń. Przede wszystkim tworzenie
gruntu pod rosyjską operację w Narwie
trwałoby wiele miesięcy i członkowie
paktu bałtyckiego niekoniecznie cały
czas tylko biernie przyglądaliby się
działaniom Rosjan. Pakt mógłby
odpowiedzieć własnymi działaniami
hybrydowymi, zwłaszcza na Białorusi. A
ponadto kraje paktu mogłyby uznać, że
rosyjskie działania stanowią
przygotowania do wojny. Wydaje się, że
zwłaszcza zwiększenie aktywności
rosyjskiej agentury w Narwie nie
umknęłoby uwadze członków paktu i
spotkałoby się ze wzmocnieniem obrony
najważniejszych budynków w mieście.
Wzmocniony garnizon nwy mógłby stanowić
istotne wyzwanie dla rosyjskich
zielonych ludzików, których sukces na
Krymie wynikał przecież przede wszystkim
z całkowitego nieprzygotowania Ukraińców
do takiej formy agresji. Gdyby próba
opanowania nerwy przez Rosjan
doprowadziłaby do długich walk
miejskich, które trwałyby więcej niż 72
godziny, wariant mgła mógłby zakończyć
się de facto strategiczną porażką. Celem
wariantu jest przecież szybkie
zwycięstwo i postawienie paktu
bałtyckiego przed faktem dokonanym.
Tymczasem brak szybkiego opanowania
Narwy doprowadziłby Rosję nad krawędź
pełnoskalowej wojny z paktem, co jak
pokazują symulacje wariantu lodołamacz
nie jest najlepszą opcją dla Rosji.
Wariant trzeci. Kniaź kurbski.
Analizując potencjalne scenariusze
konfrontacji między paktem bałtyckim a
Rosją, należy uwzględnić wszystkie opcje
i to nie tylko te, które zaczynają się
od takiej czy innej formy rosyjskiej
agresji. Warto zwrócić uwagę na
Białoruś, która jest w zasadzie jedynym
państwem członkowskim ZSRR, który
Moskwie udało się w pełni utrzymać w
rosyjskiej strefie wpływów. Co jeśli
jednak rosyjska władza nad Białorusią
miałaby się załamać? Tutaj na scenę
wkracza wariant trzeci, kniaź kurbski.
Ta nazwa to nawiązanie do postaci
historycznej kniazia Andrija Kurbskiego,
który w X wieku zdradził cara Iwana
Groźnego i przeszedł na stronę
Rzeczypospolitej.
Jest marzec 2034
roku. Rosjanie przygotowują się do wojny
z paktem bałtyckim, jednak najpierw
muszą się zająć kryzysem, który narasta
na Białorusi. Aleksander Łukaszenka ma
już 79 lat i ciężko choruje. Kres jego
rządów jest bliski. Kreml zdaje sobie
sprawę ze stanu zdrowia Łukaszenki i
przygotowuje scenariusze na wypadek
sukcesji.
Łukaszenka, choć politycznie został
całkowicie uzależniony od Moskwy, po
stłumieniu protestów z 2020 roku, nigdy
nie był idealnym wasalem Rosji.
Sprzeciwiał się stacjonowaniu rosyjskich
baz wojskowych na białoruskim
terytorium. Nie wysłał białoruskich
żołnierzy na Ukrainę, kiedy Putin tego
oczekiwał. Przez całe dekady balansował
między wschodem a zachodem, chroniąc
resztki swojej autonomii. Po zakończeniu
wojny na Ukrainie Kreml zaczął umacniać
swoje wpływy na Białorusi obsadzając
kluczowe stanowiska w państwie swoimi
ludźmi, ograniczając polen manewru
Łukaszence.
Współpracownicy Putina są jednak
podzieleni co do tego, jak powinna
wyglądać przyszłość Białorusi po śmierci
Łukaszenki. Jedni uważają, że Białoruś
powinna zostać anektowana i dołączyć do
Federacji Rosyjskiej jako kolejna
republika. Inni uważają, że nie jest to
konieczne, gdyż Białoruś i tak znajduje
się de facto pod kontrolą Moskwy, a
formalna aneksja mogłaby wywołać
antyrosyjskie protesty. Zanim Kreml
podjął finalną decyzję, z Mińska
nadchodzi wiadomość.
12 marca 2034 roku o 21:47
Aleksander Łukaszenka umiera na rozległy
zawał serca swojej rezydencji
mieszczącej się w miejskiej dzielnicy
Drozdny. Wiadomość, jego śmierci trafia
najpierw na Kreml, a dopiero z
kilkugodzinnym opóźnieniem informację tę
podaje białoruska telewizja państwowa.
Zgodnie z białoruską konstytucją władzę
w kraju przejmuje Natalia Koczanowa,
przewodnicząca izby wyższej
białoruskiego parlamentu. Faktyczna
władza trafia jednak w ręce generała
Aleksandra Wołfowicza, sekretarza Rady
Bezpieczeństwa, który dysponuje pełnym
poparciem Kremla.
Na wieść o śmierci Łukaszenki w Mińsku i
innych białoruskich miastach wybuchają
spontaniczne protesty, które w kolejnych
dniach szybko nabierają na silę.
Demonstracje napędzają nie tylko
nadzieje na demokratyzację kraju po
śmierci Łukaszenki, ale również plotki o
planach aneksji Białorusi przez Rosję.
Kreml co prawda dementuje te informacje,
ale to nie wystarcza, aby uspokoić
sytuację. Rządowa telewizja przedstawia
protesty jako zachodni spisek, a siły
bezpieczeństwa otrzymują rozkaz
pacyfikacji protestów, zanim urosną w
siłę. W Mińsku Omon staje po stronie
rządu i wykonuje rozkaz, a ulice
spływają krwią. Nie wszędzie jest jednak
tak samo. W miastach zachodniej
Białorusi dochodzi do masowych dezercji
i przechodzenia żołnierzy, policjantów i
innych służb na stronę protestujących.
Wrześciu cały lokalny garnizon
przechodzi na stronę protestujących,
którzy przejmują w ten sposób kontrolę
nad miastem. Granica z polską zostaje
otwarta, a na Białoruś ściągają
opozycjoniści, którzy do tej pory
przebywali w Polsce i w krajach
bałtyckich. Opozycjoniści proklamują w
Brze powstanie Republiki Wolnej
Białorusii. Zapowiadają demokratyzację
kraju, zachęcają policję i wojsko do
przejścia na swoją stronę oraz domagają
się wycofania rosyjskich wojsk z
terytorium Białorusi. Na apel z Brześcia
odpowiadają Grodno, Baranowicze, Lida i
Pińsk. Wszędzie tam lokalne oddziały
policji i wojska przechodzą na stronę
wolnej Białorusi.
Kreml nie może dłużej tolerować takiej
sytuacji. Putin rozkazuje rozpoczęcie
operacji antyterrorystycznej, której
celem, jak deklaruje, jest pomoc
legalnym władzom Białorusii, które padły
ofiarą polsko-litewskiego spisku. Gdy
rosyjskie oddziały zaczynają napływać na
Białoruś, rząd wolnej Białorusi prosi
kraje paktu bałtyckiego o pomoc i
interwencję humanitarną.
W tym momencie rozpoczyna się kluczowa
gra. Pakt bałtycki stoi przed
historyczną możliwością wyrwania
Białorusii z rosyjskiego uścisku. Czy
członkom paktu starczy jednak ku temu
woli politycznej?
Kwestia Białorusi z pewnością podzieli
kraje członkowskie. Litwa, Łotwa i
Estonia będą najgłośniej domagały się
uznania rządu wolnej Białorusii i
przeprowadzenia interwencji zbrojnej.
Pozbycie się Rosjan z Białorusi mogłoby
zabezpieczyć wschodnią flankę sojuszu i
oddalić rosyjskie zagrożenie daleko od
krajów bałtyckich. Polska może mieć
problem z zajęciem tak jednostronnego
stanowiska. Część środowisk politycznych
z pewnością będzie domagała się
interwencji humanitarnej. Jeśli nie z
powodu apelu rządu w Brześciu, to
chociaż w obronie polskiej mniejszości
na Grodzińszczyźnie. Inni jednak będą
ostrzegać, że Białoruś objęta jest
rosyjskim parasolem nuklearnym, a nawet
ograniczona interwencja doprowadzi do
pełnoskalowej wojny z Rosją. Z pewnością
ewentualną interwencję będzie próbowała
również zablokować administracja Jay
Vansa. Przeciwko interwencji najpewniej
opowie się również Finlandia i Szwecja,
dla których Białoruś pozostaje odległym
teatrem działań. Tymczasem decyzję
należy podjąć szybko. Po tygodniu od
śmierci Łukaszenki Białoruś podzielona
jest na dwie części. Wschód kraju wraz z
Mińskiem kontroluje generał Aleksandr
Wołfowicz dysponując wsparciem Moskwy.
Zachód kraju kontroluje natomiast rząd
wolnej Białorusii, który teraz przeniósł
siedzibę do Grodna.
Z każdym dniem na Białoruś napływać
będzie coraz więcej rosyjskich
jednostek, które wkrótce rozpoczną
rozprawę ze zbuntowanymi częściami
kraju. Jeśli pakt bałtycki faktycznie
chce wyrwać Białoruś z rosyjskiej strefy
wpływów, musi interweniować natychmiast.
Przedstawiliśmy w tym odcinku
hipotetyczny scenariusz konfrontacji
zbrojnej Rosji z paktem Bałtyckim w 2034
roku. W każdym z tych scenariuszy
zwycięstwo Rosji nie było pewne.
Pokazują, że w konfrontacji z Rosją nie
zawsze stoimy na przegranej pozycji. Tym
bardziej, jeśli do konfrontacji z Rosją
przystępujemy nie indywidualnie, lecz w
ramię w ramię z Litwinami, Łotyszami,
Szwedami, Finami, jak i innymi narodami,
które rozumieją cenę wolności.
Ekstrapolacja wydarzeń i trendów tak
daleko jak 8 lat naprzód jest rzecz
jasna obarczona olbrzymim marginesem
błędu. Dlatego warto przypomnieć, że ten
odcinek nie służy przewidywaniu
przyszłości, ale analizie przypadku. W
rzeczy samej po drodze znajdziemy
mnóstwo punktów, które sprawiłyby, że
Rosjanie nie mieliby szans nawet myśleć
o jakiejkolwiek wojnie ofensywnej w
Europie. Sama Ukraina w naszym
scenariuszu przestawiona z perspektywy
Kremla w kondycji przez niego pożądanej
stanowi kluczowy czynnik wiążący. Jeśli
Kijów dalej pałałby resentymentem
antyrosyjskim, a jego pozycja
gospodarcza społeczna byłaby bardziej
umiarkowana, to każda ruchawka na
północy Europy może skutkować próbą
ukraińskiej rekonkwisty na południowym
podbrzuszu Rosji. Dlatego niezależny
Kijów na pewno również blisko
współpracowałby z paktem bałtyckim, a
może nawet do niego dołączył.
Podobnie ma się kwestia z Ameryką.
Pozytywny dla Kremla trend może się
utrzymać, ale nie musi. Do tego dochodzi
rosyjska odnowa gospodarcza i
dyplomatyczna. U nas zakładamy proces
dla Moskwy bezproblemowy, a jasnym jest,
że będzie to wielkie wyzwanie nawet w
przypadku zawieszenia broni. Dlatego
uspokajając realne prawdopodobieństwo
realizacji takiego scenariusza w
obecnych realiach jest niskie lub bardzo
niskie. Jeśli jednak do konfrontacji by
doszło, zaprezentowane dzisiaj
scenariusze pokazują jednocześnie, że w
żadnym przypadku z Rosją nie da się
wygrać bezkosztowo. Zawsze będzie to
kosztowało pieniądze, stracony sprzęt
lub i ludzkie życie. Alternatywa, jaką
jest dostanie się w rosyjską strefę
wpływów jest jednak jeszcze gorsza. Gry
wojenne pokazują również, że do
zwycięstwa nie wystarczy jedynie
nowoczesny sprzęt i zwarte armijne
szeregi. Do zwycięstwa potrzeba również
woli politycznej i woli społecznej.
Widać to zwłaszcza w dylematach
dotyczących użycia polskich wojsk
rakietowych wobec Królewca i Białorusi.
Bierność Warszawy może doprowadzić do
opanowania krajów bałtyckich przez
Rosję.
Oczywiście można łudzić się, że polityka
apismentu, czyli ugłaskiwania wobec
Rosji pozwoli uniknąć kolejnej wojny i
że Rosja finalnie zostanie cywilizowanym
obywatelem Europy. Jak jednak uczą nas
doświadczenia kilkuset ostatnich lat,
takie nadzieje okazywały się zawsze
płonne. Rosja z uporem od lat przypomina
o tym, jak aktualna jest stara łacińska
maksyma. Jeśli chcesz pokoju, gotuj się
do wojny.
Partnerami kanału są KFD, polski
producent suplementów diety i żywności
funkcjonalnej, aplikacja inwestycyjna
XTB, Infarkt, faktury i księgowość w
jednym miejscu, oponeo.pl. Zmień opony
na lepsze w 24 godziny.
Dziękujemy także naszym patronom,
których wsparcie umożliwia nam
tłumaczenie treści na wiele języków.
Niezmiennie również zachęcam do
wspierania akcji Paczki dla Ukrainy.
Ask follow-up questions or revisit key timestamps.
Wideo przedstawia hipotetyczny scenariusz geopolityczny na rok 2034, w którym Rosja, po zakończeniu wojny na Ukrainie poprzez taktyczne zawieszenie broni, podejmuje próbę wywarcia presji na tzw. pakt bałtycki (grupę państw wschodniej flanki NATO). Materiał analizuje różne warianty rosyjskiej agresji, w tym inwazję pełnoskalową, operacje hybrydowe oraz reakcję na kryzys wewnętrzny na Białorusi. Autorzy podkreślają kluczowe znaczenie woli politycznej, spójności sojuszniczej oraz roli Polski w powstrzymaniu rosyjskiej ekspansji, zwracając jednocześnie uwagę, że przedstawione czarne scenariusze mają charakter analitycznej gry wojennej.
Videos recently processed by our community